Farmageddon -Bitwa o Zdrowie i Czakry

by

Tak się dziwnie złożyło, że moje rozważania na temat bitwy pod Lepanto z roku 1571 momentalnie wywołały dwie inne bitwy. Nieznany mi czytelnik Uroczyska, Piotr-„bałwanek” (bez awatara), wpadł w wojenny szał, atakując mój wpis sprzed dwóch lat (Klątwa Jagiellonów nad Wawelem), prosząc „abym zachował takie idiotyzmy dla siebie i nie powiększał w narodzie liczby idiotów.” Ostry styl tego komentarza oszołomił mnie na chwilę, bo Piotruś nakazał mi także zainteresować się medycyną (skąd on wie, czy nie jestem psychiatrą?) oraz wyraził podejrzenie, że może ja nie wierzę w to co pisze (jasnowidz?) i tylko „manipuluje ” w celu zwiększenia liczby idiotów w Polsce. Nie muszę chyba przekonywać nikogo, że wolność słowa jest dla mnie ważniejsza od niemądrych ataków personalnych i pogardzania netykietą. W drugiej bitwie, która pojawiła się przede mną , jestem na 100% po stronie dzielnego wojownika-lekarza , dr Dawida Healy, który ma światową reputację jako profesor psychiatrii w Walii, psychofarmakolog i naukowiec. Dziś wpadła mi w ręce recenzja jego nowej książki pt Pharmageddon. Jest to przerażający akt oskarżenia przeciwko globalnym producentom potopu trujących leków, które są nam wpychane przez potulnie biernych lekarzy na całym świecie. Te farmaceutyczne giganty nie tylko zasypują rynek swoimi ledwie zbadanymi truciznami, ale jak pisze jeden doktór-recenzent, „wymyślają ciągle nowe choroby, przedtem nieistniejące, które pasują do leków, które oni produkują.” Wiem coś na ten temat, jako ofiara dwóch  leków-trucizn, ranitidine i ranipril, które o mały włos mnie nie uśmierciły. Ten artykuł warto przeczytać, a tutaj jest wideo z polskim tłumaczeniem o tym jak jesteśmy ciągle oszukiwani przez ścigające ogromne zyski hieny przemysłu farmaceutycznego i ich posłusznych współwinowajców. Czosnek i zioła nie mają ubocznych skutków.Warto o tym pamiętać.

Tagi: ,

Odpowiedzi: 6 to “Farmageddon -Bitwa o Zdrowie i Czakry”

  1. signe Says:

    boję się tam zaglądać, na te strony, bo ja też wiem, że to prawda z tych najprawdziwszych i ileś wymyślanych w ramach pharmaggedonu chorób wszyscy przeszliśmy przechodząc przez internet, potem są dementowane, jest to przerażające, więc jestem przerażona, jesteś na szczęście bardzo dobrym znachorem, Twoje walki z lekarzami o zdrowie to wyczyny
    dzień dobry:)

  2. stefan Says:

    signe, dzień dobry. Może lepiej nie czytaj.Winę ponoszą doktorzy, bo potulnie przyjęli „skutki uboczne” i przepisują leki nawet nie sprawdzając i dlatego trują mnie co pare miesięcy, dopóki nie sprawdzę co to za trucizna. Ty też jesteś znachorką i to dobrą. Będziemy walczyć ziołami, czakrami i kaszą jaglaną w tej bitwie. I zwyciężymy🙂

  3. mal Says:

    Ja też!!!
    ziółka z mojej działki pomogły już niejednemu. Zbieram je, suszę, chucham, dmucham i przechowuję. Do następnych zbiorów.
    Cichaczem dodam, że moja działeczka „wie” jakie ma rodzić dla mnie zioła🙂 Kilka lat temu, gdy Adaś cierpiał na kamicę żółciową, dziurawiec i mięta obrodziły jak nigdy. Teraz mięty nie ma wcale, dziurawca „jak na lekarstwo” – kilka krzaczków. Zaczął natomiast pojawiać się wiesiołek, sporo krwawnika, a także skrzyp tu i ówdzie wychyla swoje choinki. Skrzyp z listkami młodej brzozy doskonale płucze nerki. Proponowałam mojej Marysi – ale ona woli piguły. Trucizna smaczniejsza?

  4. stefan Says:

    Malgo ,,jesteś naszą nieocenioną awangardą w tej bitwie z ofermą farmacyjną. Zioła mają intuicję i mądrość, która tak się właśnie objawia. Ale mało kto zna język ziół. Twoja działka jest niesamowita, magiczna. Niestety, ludzie są zniewoleni truciznami, bo lekarze wmuszają je na każdy sposób. Ja mam paskudną reputację u moich dochtorów, jako „trudny” pacjent, bo nie daję się przekonać, że jakieś paskudztwo w czymś może mi pomóc. Wolę reiki, jakby co😉
    PS. dzięki za tego klapsa dla Pietrka😉

  5. mal Says:

    Język ziół, powiadasz… Zanim stałam się rezydentką Chmielnika nie zastanawiałam się nad tym specjalnie. Dopiero tam przebywając zaczęłam wczuwać się w nastrój tego co mnie otacza. Powiem Ci w sekrecie, że zielarką nie jestem, ale dziwnym trafem udało mi się odczytać ten magiczny stan „zgłaszania się roślin w potrzebie”. I chyba właśnie to jest kluczem do poznania. Plus Internet, by roślinę rozpoznać i pojąć jej przeznaczenie.

  6. stefan Says:

    mal, ja już wiem teraz po moich przygodach z zielistką, że rośliny mają mowę, tylko my słuchamy dopiero gdy oderwiemy się od tzw codziennej rzeczywistości. Rośliny toczą walkę o nas i o siebie, a my wolimy łykać mineralne trucizny i nabawiać się nowych chorób. Podoba mi się to „zgłaszanie w potrzebie” – tak właśnie jest. Dobrze, że słuchasz szeptów z CHmielnika..)

Możliwość komentowania jest wyłączona.


%d bloggers like this: