Jestem typową Małpą chińskiej astrologii: skaczę z jednej gałęzi drzewa wielu tematów na drugą. Dziś jest dzień moich tematycznych podskoków.
„Cud” w Sokołówce:
Hostia to mąka pszenna i woda, pieczona w specjalmych szczypcach. Wyrób jest w rękach ludzi. Ludzie krwawią, gdy się przypadkowo zranią. Ale producent hostii nie będzie marnował całej produkcji z racji paru kropel krwi. Tajemnica wyjaśniona. Niestety, te krwawiące hostie z pulsującym sercem, a czasem płomieniami, to uświęcony tradycją ssposób przyciągania pielgrzymów i gotówki. Są we Francji, Włoszech, Wenezueli, a teraz w Sokołówce.
Urywki z Gazali Rumi’ego
Sem i onam obracím se, děcko – srdce utišit. Usne dítě na kolébce, jak jen kolébáme ní (Tu i tam się obracałem, by uciszyć dziecko-serce. Dziecko zasnęło jak gdybym je kołysał w kolebce.) Ucisz serce -kołysaniem.
Nie smuć się. Wszystko co stracisz, powróci do ciebie w innej formie.
We rarely hear the inward music, but we’re all dancing to it nevertheless.
Rzadko słyszymy wewnętrzną muzykę, ale jednak tańczymy do jej dźwięków.
Taniec Derwiszów
Taniec wirujących derwiszów jest rytualną medytacją nad boską miłością. Melodia płynie z trzcinowego fletu i małych bębenków Słowa, nawet sylaby recytacji są połączone do strof muzycznych. “Muzyka tańca derwiszów nie da się zapisać w nutach. Nuty nie mogą zawierać w sobie duszy derwisza.”
Dawno temu Kachna, moja domowa żona-prządka, siedziała wieczorami przy kominku z kołowrotkiem (to ten sam, na zdjęciu), stopa na pedale przęślika z groźną definicją „koła zamachowego” i zwijała nici z owczej wełny. W hrabstwie Kent był taki owczarz, który sprzedawał taniutko cały worek wełny do czesania dwiema grzebieniami z metalowymi kłami, a potem do przędzenia motków na szydełkowanie pięknych swetrów, pulowerów itp. Ech, to były czasy… Kołowrotki i ten czeski „jednoduchy swisly hrzidel otoczne ulożeny jednim koncem w lożiskach” *czyli wrzeciono, były symbolem kobiecej przewagi technologicznej nad chłopami od czasów epoki lodowej. Znalazłem to zdjęcie kołowrotkai od razu napłynęły wspomnienia dawnych lat. Widocznie wrzeciono to symbol pamięci, nawijający nitki czasu z różnych źródeł – od kokonów motylich poprzez włókna lnu i konopi do sierści zwierzaków. Mam wspomnienia utkane z owczej wełny, ale szukam w nich i próbuję znaleźć delikatne desenie z jedwabiu, a czasem tnapotykam się także na siermiężne pasy ze zgrzebnych konopi. Czy ludzka pamięć to szczodry dar prządek z niepamętnych czasów? Kto wie, kto wie…
Największą uciechę sprawia mi szukanie i znajdowanie w moim fotoszopie szczegółów zdjęć które dopiero tutaj prezentują mi swoje prawdziwe oblicze. Na oryginalnym zdjęciu był sobie taki zwyczajny, stary platan londyński. Dopiero po odcięciu tego fragmentu całości ukazał się łeb osła wołającego o siano. Czesi twierdzą, że te drzewny „oseł je spoleczne s konem jedinym domestikovanym lichokopytnikem” i z tym trudno się nie zgodzić, bo wygląda na lichokopytnego. Pocieszam się jednak tym, że to bylożravec czyli żre co mu pod pysk podłożyć, ale należy unikać dawania mu wyboru, bo jest bardzo niezdecydowany. Tak jak to zdjęcie wyraźnie pokazuje. Anglosasi twierdzą, że osioł-samiec to ass, a samica- jenny. Amerykanie ciągle mylą „ass” z „arse” i potocznie mówią „mój osioł” zamiast „moja dupa”. Gdy ten stary platan pewnego dnia zwali się na ziemię, potniemy go na deski i zrobimy zn iej ośle ławy ku pamięci tego asinusa, assa, donkeya i mułła.
To jest tylko mały test dla WordPress, Pewnie nic nie wyjdzie, ale nigdy nie wiadomo. Nie daję za wygraną
Czy wiecie, kto jest znany jako Presbyterians? Nie, no to wam powiem: Britney Spears, w formie anagramu.
Od czasu do czasu, zwykle w październiku, płonę ze wstydu, że znalazłem się na tej planecie. Z wielu tysięcy mozłiwych miejsc pobytu w nieskończoności wszechświata, przybyłem na tę Ziemię – planetę Żarcia, gdzie wszystko zaczyna się i kończy na wzajemnym zjadaniu się istot, od ameby do homo sapiens –człowiek sapiący z obżarstwa. Kły, zęby, języki, brzuch i jego zawartość, w tej czy innej formie, to mniej więcej wszystko,co jest potrzebne do życia w tej planetarnej restauracji zwanej Ziemią. Jestem, bo jem. Gdybym był drzewem, to byłbym liściasty i korzeniasty, jedząc światło, minerały i pijąc podziemne rzeki. Gdzie są te planety, gdzie ludzie nigdy nie są głodni, bo w bezpłatnych kafejkach można poprosić o kufel złotego światła, a potem łyknąć jednym wdechem dość energii z powietrza, aby żyć beztrosko przez jakiś nieczas? Na tej mojej planecie, jestem żarty przez troski, zmartwienia, użeram się z pracodawcą, żrę się z sąsiadami i nawet w moich żarty są pożerane przez słowożerców. Dlatego płonę ze wstydu za tę planetę i chciałbym bardzo pokornie prosić o wizę do takiej ziemi, gdzie jedynym supermarketem jest to, co świeci na niebie dniem i nocą.
Jakże łatwo jest wprawić mnie w dziecinne niemal zdumienie nad światem inności… Patrzę na tych
Od szczenięcych lat podejrzewałem, że w matematyce kryją się niezbadane złoża dramatów, tragikomedii i nawet operetek. O matematykach-dramaturgach dość cicho, ale to się wkrótce może zmienić. zwłaszcza w Polsce, a ściślej mówiąc, we Włodawie (moja Lubelszczyzna). Tam, na scenie teatralnej, rozgrywają się dramaty na tematy, które nigdy by mi nie przyszły do głowy jako coś co wymaga fabuły, inscenizacji i aktorów. Na szczęście, nauczyciele Szkoły Podstawowej nr 3 mają wyobraźnię i potrafią, rok w rok, pisać scenariusze pt „W Krainie Liczb Pierwszych i Złożonych” albo „Tak Zmienialiśmy Trójkę” czy choćby „Calineczka”. Zadumałem się nad tym pomysłowym sposobem uczłowieczania liczb wszelkiego gatunku przez teatr i aktorów. Osobiście chciałbym napisać, reżyserować i grać szereg ról w dramacie pt „Fanaberie Fibonacciego”. Nie wiem czy zdążę, ale