Mam sterty takich luźnych kartek, a na nich pozapisywane drobne, trywialne znaleziska, krople z przepastnej studni web-wiedzy. To jest innego rodzaju wiedza od tej, którą zdobywa się na szczeblach formalnej edukacji. Web-wiedza składa się z rzetelnych naukowo sprawdzonych informacji i chaotycznej masy kłamstw, fantazjowania i bezdennej ignorancji. Nie znam żadnych niezawodnych sposobów na łowienie prawdy w mętnych wodach internetu. Web-wiedza to piękna, elegancka kobieta, ale zgaduj zgadula czy ona jest wymarzoną księżniczką z bajki czy tylko wysokiej klasy kurtyzaną. W moich zapiskach przyjmuję zasadę przyglądania się temu zjawisku bez wydawania o nim takich czy innych opinii . Ważne jest to, co mnie zaciekawiło. Ile w tym jest prawdy, nie wiem. Niech to osądzają moi czytelnicy. Wczoraj pojawiło się w mojej świadomości słowo „hetman”. Łatwo się było skapować (łac. caput-głowa), że to adaptacja z niemieckiego „kapitana – Hauptman”, czyli taki facet który musi mieć głowę, aby stać na czele jako naczelnik (ang. headman). Zmieńmy jedną literę i hetman staje się hitman’em, a ten to staropolski „głównik -mężobójca anglosask. „morderca do wynajęcia”. Tutaj pojawił się jeden z tych przedziwnych zbieżności semantycznych. W 1998 były prezes Narodowego Banku Ukrainy i lider parlementarnej grupy „Niezależni”, Wadym Hetman, padł ofiarą hit mana, Sergieja Kulewa, który zastrzelił go w windzie. Hetman był uważany za wpływowego politycznego sojusznika przyszłego prezydenta Ukrainy, Juszczenki, który był także wice-prezesem Banku. Sam Juszczenko ledwie uszedł z życiem, gdy usiłowano go otruć dioksynami. Wyszedł cało, ale oszpecony bliznami na twarzy. Najbardziej znany z historii polski hetman, Stanisław Żółkiewski, zginął w bitwie z Turkami, którzy odcięli jego głowę i wysłali ją do Konstantynopola jako trofeum. Morał tej semantycznej opowiastki jest taki, że hetman kryje w sobie tego podstępnego mordercę, hitmana, i lepiej go unikać. Pod każdą postacią.
Archiwum dla listopad 2nd, 2009
601. Zapiski Na Luźnych Kartkach-1
2 listopad 2009600. Listopadowe Liście i Graffiti
2 listopad 2009
Wczoraj, jak przystało na pierwszy dzień listopada, wiatr zrywał liście garściami i usiłował utkać gustowny kobierzec pod murem – na złość graffitom, które w nieznanych mi bliżej gryzmołach usiłowały odnotować jakiś protest. Za tym murem jest szkoła, więc nie wykluczam, że to była jakaś lokalna vendetta. Wiatr nie nadaje się do takich subtelnych zadań jak tkanie kobierców, bo w jednym porywie składa liście w jakiś wzór, a już w następnym rozrzuca swoją liściową składankę w taniec zwiędłych baletnic. Odwiedziłem pamięciowo kilkanaście grobów w Polsce, kilka urn z prochami w Anglii, które tutaj często stoją nad kominkiem w salonie i jakoś nie robię takiego makabrycznego wrażenia jak groby z aniołami z kamiennym obliczem. Moje prochy będą ewentualnie rozsypane w dębowym gaju na Wzgórzu Pierwiosnków. Pokryjomu, w małych szczyptach, bo oficjalnie tego tutaj robić nie wolno. Dobranoc