Archiwum z marzec, 2009

351. Kosmiczny Komiks Fistaszków

31 marzec 2009

Szukanie obcych słów jest nieco podobne do wędrówki po ulicach nieznanego miasta. snoopyDreszczyk nieoczekiwanych przygód, spotkania z tubylcami czy choćby tylko krótka znajomość w kawiarni i rozmowy o niczym. Obce słowa nie muszą być wyłuskiwane z egzotycznych słowników – wystarczy słownik lub korpus mojego ojczystego języka, który zawiera ok 40 milionów słów. Skóra mi cierpnie na potylicy, gdy pomyślę, że wśród moich ziomków są tacy, których zasoby leksykalne składają się z 20 słów na codzienny użytek, a pozostałe 100 to tylko na świąteczne okazje. No, ale nie chwalmy się, siostry i bracia w polskim korpusie, bo tak – z ręką na sercu – ile słów znamy tylko z widzenia, a ile wciągamy do rozmów czy nawet do tych popisków pseudo-literackich zwanych blogami?  Kilka tysięcy?  A słów jest niezliczona ilość – wszechświat!

Lubię śledzić znajome i nieznane na słowa na webie, bo interesują mnie głównie ich niezwykłe konteksty, w których mogą się pojawić, ich dwuznaczność i niesamowitą magię ukrytych znaczeń. Dziś wpadł mi w oko fistaszek – orzeszek ziemny albo arachidowy, który początkowo pomyliłem z orzechem pistacjowym (po ros. fistaszka – pistacja). Dla Anglosasów peanut-fistaszek to pieniądz o groszowej wartości. Gdy mnie ktoś pytał ile mi płacą za moje felietony, zwykle odpowiadałem: „peanuts” czyli grosze, prawie za darmochę. Tym razem moim honorarium był nie byle jaki „gwiezdny fistaszek” i wspaniały spektakl filmowy, w którym dwie supernowe usiłują schrupać się wzajemnie w formie orzeszka fistaszka. A dlaczego Fistaszek przyciągnął moją uwagę? No, jasne- słynny i ulubiony przez wiele nacji komiks to właśnie Fistaszki- Peanuts z Charlie Brown’em i przemądrzałym psem-biglem, imieniem Snoopy. Jest tu jakaś lekcja dla mnie między tymi gwiazdami i komiksem, ale w tej chwili jestem tyylko świadomie zagubiony we wiośnie radośnie. Reszta to zwykła nieświadomość. J

350. Cicha Modlitwa Na Kwiecień

30 marzec 2009

jewelsbar1

Modlę się, aby ciepłe łzy wzruszenia

Ściszyły twój głos, gdy czytasz te słowa

Aby je porwała ta powrotna fala

Która zaciera ślady na piaskach pamięci

Dni, które przeszły tutaj dawno temu.

 

Modlę się, abyś na pożegnanie

Chwyciła sierp księżyca

By ściąć dla mnie macierzankę

Na bukiet zmierzchem pachnący.

A potem byś haftowała na kanwie

Tęsknoty ten wzór w hieroglifach

Miłości, której wiosna nie zbudziła-

…zegar się zatrzymał na cyfrze bezczasu.

 

Modlę się o twoją ciszę świetlaną;

O tę moją łunę, która zapłonie na niebie

Gdy wejdę pod łukiem tęczy ku bramie

Moich snów niespełnionych

I zbudzę je słowami, nad którymi płakałaś.

 

 ©Stefan G. 2009 Prawa autorskie zastrzeżone

349.Nielegalny Obcy i Zorza Polarna

30 marzec 2009

Jak już wspomniałem wczoraj, mój sąsiad Josh, właściciel Gosh! jest Władcą Komiksów. Ktoś kto przez wiele lat żyje na codzień w atmosferze fantazji, musi niechybnie przyciągać do siebie stwory z innych wymiarów. Jego aura pociąga go także do tych miejsc, które z nią harmonizują – czyli do blogobloku Gontyny, gdzie wszystko jest możliwe, zwłaszcza to co jest niemożliwe. Gdy Josh i Jill wprowadzili się do mieszkania nad Gontyną, nie mogłem się powstrzymać od skojarzenia ich imion z bardzo starym i popularnym w Anglii wierszykiem dla dzieci – “Jack and Jill went up the hill, to fetch a bucket of water…” (Jaś i Jolka poszli na górę,by przynieść wiadro wody…). Niektórzy badacze folkloru twierdzą, że ten wierszyk jest adaptacją nordyckiego mitu o ludzikach na księżycu, co też pasowałoby do tematyki komiksów. Josh jest z pochodzenia Włochem i jego nazwisko pojawiło się w fantazji komiksowej pt illegal_alien_cover_small„Nielegalny Obcy” (Illegal Alien), niewątpliwie celowo (jako właściciela Gosh!) i za jego zgodą, bo autor zadedykował swoje dzieło dla Josha i jego uroczej żony Jill. O tym komiksie i jego treści dowiedziałem się przypadkowo, gdy potknąłem się o to włoskie nazwisko Josha. Bohaterem tej „graficznej noweli” jest Obcy z gwiezdnych szlaków, zestrzelony przez Amerykanów, który ucieka od nich w gazowej formie i wciela się w gangstera, który wraca z Ameryki do swojej rodzinnej Anglii, ale ginie od kuli rywala. Gangster Gwido Palmano jako Nielegalny Obcy to już całkiem nowa osobowość, która swoją innością zdumiewa jego rodzinę i znajomych. Jak to wszystko pasuje do dziwacznych zdarzeń w Gontynie? Otóż parę miesięcy temu z mieszkania pod Gontyną wyprowadzili się jego lokatorzy

i nie zauważyłem, aby ktoś inny tam się wprowadzał. Wracając ze spaceru jednego dnia, zobaczyłem Josha wychodzącego z tego mieszkania, co mnie zdziwiło, bo on już kupił obydwa mieszkania nad Gontyną i trudno mi było uwierzyć, że ma ochotę na trzecie. Josh jest wysokim, szczupłym blondynem  i kilka miesięcy temu zmienił swój wygląd zapuszczając szczeciniastą brodę. Facet,którego ujrzałem w drzwiach tego pustego mieszkania był sobowtórem Josha,włącznie z identyczną brodą.. Gdy zaskoczony jego obecnością, spytałem „Co ty tutaj robisz?”, on odpowiedział z lekkim akcentem „Ja tu mieszkam. Nazywam się Oskar.” Przeprosiłem go za pomyłkę, ale wyjaśniłem, że mój sąsiad Josh jest bardzo do niego podobny . Oskar uśmiechnął się i dodał, że jest emigrantem z Finlandii i kupił to mieszkanie ze swym bratem, bo w półn.Finlandii znudził im się śnieg, renifery i zorza polarna. Miałem z tymi nowymi sąsiadami przelotny kontakt, gdy bardzo po sąsiedzku wyratowali mnie z denerwująco groźnej sytuacji domowej. Nie wiem o nich prawie nic, poza tym że młodszy Fin Patryk, gra jakieś smętne melodie na gitarze przez cały dzień, a Oskar znika na kilka dni i pojawia się znowu niespodzianie, zwykle gdy spotykamy się w supermarkecie. Josh i Oskar nie spotkali się jeszcze, ale to tylko kwestia czasu. Marzę o tym, aby być, z ukrycia, świadkiem ich spotkania. Rozmowa Josha z jego fińskim sobowtórem może obfitować w momenty zasługujące na dalszy ciąg tej komiksowej nowelki . J

348. Sąsiad z Komiksowych Rubieży

29 marzec 2009

Josh, mój nadgórny sąsiad, jest właścicielem bajecznej księgarni Gosh!gdzie na dwóch piętrach stoją na półkach komiksy z całego świata, te najnowsze i czasem najstarsze. Nazwę Gosh! można illegal_alien_cover_smallluźno przetłumaczyć na Łoboże! – okrzyk zachwytu . Przyrzekam sobie, że kiedyś uda mi się przyłapać Josha na dłuższą rozmówkę o jego intratnym biznesie, bo on jest uważany w komiksowych kołach za jednego z ekspertów w tej dziedzinie i często komentuje w wywiadach prasowych o tym intrygującym zjawisku pop kultury. Czy komiksy można zaliczyć do literatury i jeśli tak to jakiego rodzaju? Josh twierdzi, że dorośli, bogaci biznesmani pasjonują się starymi komiksami i są gotowi płacić każdą cenę za tę dziwną przepustkę do ich młodych lat. Często zerkam na komiksy w gazetach i do niektórych można się nawet przyzwyczaić jak do powieści w odcinkach. Ale wiem bardzo mało o tej ciekawej dziedzinie naszego kulturalnego bytowania. Czy istnieje np możliwość pisania blogomiksa albo komiksbloga?  Eksperymenty z nowymi formami pisania zawsze mnie fascynowały i od czasu do czasu popełniam haiku, koany itp. Ale w komiksach jestem Panną, chętna do poświęcenia mojej niewinności. Muszę pogadać z moim nadgórnym sąsiadem – może mi coś poradzi. Zwłaszcza, że mam dla niego w zanadrzu dziwną historię w temacie „Nielegalnego Obcego”, komiksowej powieści Jamesa Robertsona, z dedykacją dla Josha i Jill, bo ich nazwisko nosi bohater tego książkowego komiksa. Ale to temat na następny wpis.

347. Łańcuszki Ojca Wirgiliusza

28 marzec 2009

Ojciec Wirgiliusz uczył dzieci swoje…

Hej-że dzieci, hej-że ha!

Róbcie wszystko, co i ja.

Nie wiem czy już doszło do was ile my ostatnio mamy tych różnych „Dni”? Ktoś gdzieś codziennie chyba wymyśla nowy „łańcuszek”, bo te gromadne okazje owczego pędu to nic innego jak nowy gatunek spamu i nowy okaz „łancuszków” z nieco innego gatunku niż te wspaniałe blogowe „nagrody”, rankingi i reszta śmiecia internetowego.  Jedynym celem tej kreciej roboty propandowej jest obrzydzanie mi uciechy jaką powinienem mieć z używania internetu tak jak ja chce, spędzania wolnego czasu według moich widzimisiów i nie uczestniczenia w zjazdach blogowych, demonstracjach przeciw i za oraz w gaszeniu lamp w moim własnym domu, bo jakiś maniak postanowił pogrążyć mnie w ciemnościach na godzinę w czasie, gdy mam zamiar pisać ten blog.  Lada chwila pójdzie w ruch nowy łańcuszek wysyłania kondonów do biednego Benedykta, który ma pecha ze swoimi niezbyt nieomylnymi wypowiedziami.

Ale to nieco inny temat.

Internet to wspaniały wynalazek, ale nie dajmy się zwariować. Z pewnościa są sprawy warte czynnego poparcia, ale nie są nimi te „łańcuszki” wymyślone przez  jakiegoś anonimowego Ojca Wirgiliusza. Nie róbta, co wam każe, po to tylko aby nie być niegrzecznym łamiłańcuszkiem. Łamcie!

346.Wyznania WWW Słowogłaszczka

28 marzec 2009

Nie mam na sumieniu ani jednego ukatrupionego pająka, bo żywię dla tych moich współbraci ogromny spiderweb2szacunek. Kiedyś znalazłem za starą biblioteczką w holu zakurzoną pajęczynę a w niej małego pająka. To był chyba jakiś święty pustelnik pajęczego rodu, wygłodzony, anielsko cierpliwy i ufający, że jakaś samobójcza mucha wpadnie w jego raczej niefortunnie uplasowaną sieć łowną.

Język Arachnidów znam pobieżnie, bo nasze spotkania nie są tak częste abym mógł rozwinąć lepszą znajomość ich starożytnej mowy. Wiem tylko, że są zachwycone naszym polskim nazewnictwem, pełnym pajęczej poezji i obrazowości. W żadnym języku europejskim nie ma takich pięknych słów jak szczękoczułki, nogogłaszczki, kądziołki przędne, skakuny, babie lato (to ich jesienne spadochrony i wiatronosze), bagnik przybrzeżny albo topik, który mieszka w bąbelku powietrza pod wodą. Ich sieć łowna, czyli website, jest tworzona z taką znajomością geometrii, sztuk pięknych, dziewiartswa, inżynierii, że naukowcy ślęczą nad pajęczyną do dziś, rozsupłując genetyczne tajemnice nici pajęczej, która jest silniejsza niż jej stalowy odpowiednik. Nasze ubrania będą kiedyś wyrabiane z nici pająków, bo sekwencje DNA pająków są już znane, ale nie jest łatwo namówić ten ród stawonogów na współpracę z przemysłowcami i bankierami. Trudno im się dziwić, bo mimo że ich świadomość ignoruje nasze głupoty, ich Duch-Pająk czuwa nad nimi. Web-pajęczyna to mój naturalny habitat, gdzie zamiast much i komarów łapię słowa. Czym je łapię, pytacie? Moimi własnymi słowogłaszczkami oczywiście. Jestem przecież wiernym uczniem i  czeladnikiem Arachnidów. 

345. Embarcacao Na Sierpie Księżyca

27 marzec 2009

Kim jestem? W piątki jestem zwykle rybakiem. Słuchając herb-leliwasmutnego, ale nastrojowego duetu Cesarii i Kayah w Embarcacao (dzięki mal za „ściągę”, po raz wtóry), odbijam od brzegu na ciche jezioro moich fantazji i zarzucam sieć gdzie toń udaje błękit nieba i odwrotnie. Wczoraj był Baran zawieszony na księżycowym nowiu, przynosząc mi sny zadziwiające i niespokojne. Świat jest niespokojny w tych dniach , powietrze drży przeczuciem rewolucji. W następną środę, Prima Aprilis,  planowana jest olbrzymia demonstracja w finansowym centrum Londynu pod hasłem „Dzień Finansowych Głupców” (Financial Fools Day). Jeden z organizatorów, profesor antropolog, został zawieszony przez uniwersytet w swej funkcji, bo powiedział w wywiadzie „jeśli policja chce mieć problemy z tą demonstracją, to jesteśmy gotowi i będą mieli problemy”. Tysiące policjantów stoi w pogotowiu aby rozłupać kilka czaszek. Przed Bankiem Angli demonstranci mają zamiar wieszać na szubiennicy kukły bankierów.  Banki już wydały polecenie do swych głupich speców, aby w ten dzień przyszli do pracy ubrani w dżinsy i swetry. Gdyby nosili swoje zwykłe modne marynarki, koszule i krawaty, to lud mógłby ich zlinczować. Oni rzeczywiście głupieją z dnia na dzień coraz bardziej i ten proces jest już chyba nieodwracalny.  Na demonstrację nie pójdę, bo nie lubię tłoku. Ale będę obecny duchem, pływając po moim spokojnym  jeziorze westchnień. Potem wyciągnę internetową sieć i policzę moje złote rybki, których nie zaniosę do banku, bo w moim akwarium będą mogły pływać sobie bezpieczniej niż w bankowych sejfach podwodnych, gdzie mieszkają żarłoczne rekiny. PS. foto: Herb Leliwa Juliusza Słowackiego

344. Ruch Usuwa To Co Widzimy

26 marzec 2009

Wszystko jest tak jak widzę, ale pod jednym warunkiem. Gdy wokół tego na co patrzę jest ciągły ruch, to co widzę znika co parę sekund i moja chwilowa rzeczywistość przestaje nią być.

Kliknijcie na ten link, abym mógł was przekonać o mojej złudnej rzeczywistości. Po prawej stronie widzicie wirującą kratę niebieskich krzyżyków a na ich tle trzy żółte kropki. Te kropki to nasza rzeczywistość. A teraz skoncentrujcie wzrok na tym zielonym punkcie w centrum.  Zauważcie, że te trzy żółtokropki znikają co pewien czas – pojedyńczo, dwójkami, albo całkowicie.  Moje pytanie: czy kropki są złudzeniem czy to tylko ruch wokół nich jest przyczyną ich chwilowego znikania? Naukowcy podejrzewają, że ten fenomen, spowodowany przerwaniem procesu koncentrowania uwagi prowadzi do zwycięstwa „po trupach” i tylko jeden sposób postrzegania wzrokowego zwycięża , eliminując wszystkie inne. A ja sobie tak myślę, że ziemia kręci, system słoneczny też, galaktyki i cały wszechświat, to co my właściwie widzimy albo czego nie widzimy. Złudzenia? Internet to też wirujące elektrony, więc kto wie czy ja istnieje czy jestem złudzeniem jak ta żółte kropki czyli moje blogi…A propos: kto jest zielono wirtualny a kto żółtomgliście nieprawdziwy? eh? PS. naukowy artykuł w tym temacie (angielski) tutaj. I6I

343. Juliusz Słowacki w Gontynie

25 marzec 2009

Ktoś to powiedział. że gdyby się słowa 

Mogły stać nagle indywiduami

Gdyby Ojczyzną był język i mowa:

Posąg by mój stał, stworzony głoskami,

Z napisem patri patriae. – Jest to nowa

Krytyka. – Stój! ten posąg błyska skrami,

Spogląda z góry na wszystkie języki,

Lśni jak mozaika, śpiewa jak słowiki;

Otocz go lasem cyprysów, modrzewi,

On się rozjęczy jak harfa Eola,

W róże się same jak dryjada wdrzewi,

Głosem wyleci za lasy, na pola

I rozłabędzi wszystko, roześpiewi…

J. Słowacki: Beniowskimay-4-2007-002

Juliusz Słowacki urodził się 200 lat temu pod znakiem Panny (4-9-1809) i zmarł w Paryżu 160 lat temu, wczesną wiosną (3 kwietnia 1849). Juliusz to mój niedościgły wzór poety żonglującego słowami, mistrza we władaniu „językiem giętkim”, którym umiał „powiedzieć wszystko co pomyśli głowa”. Jego twórczość jest, nawet dziś, niedoceniona, bo do zrozumienia takich natchnionych poematów mistyczno-naukowych jak Genezis z Ducha, trzeba przestać być „zjadaczem chleba” i myśleć tak jak Słowacki potrafił, przerabiając terminologię naukową jego epoki na czystą poezję.. Ten fragment przemawia do mnie językiem Druidów i pasuje jak zielona monstracja do dendrologicznej religii Gontyny.

 

Każde drzewo jest wielkiem rozwiązaniem matematycznego zadania, tajemnicą liczby, która w niedoskonalszych roślinach przez parzyste, w postępowych zaś przez nieparzyste filoście postępując, w drzewie całem rozwiązuje się jednością. Uczucie to wnętrzne rozwiązania mnogości przez jedność jest pierwszem zadaniem roślinnego ducha, rozkoszą jego wnętrzną i zadowolnieniem. Ta pierwsza barwa, którą dziś na drzewach widziemy, jest logiczną, jest bowiem wynikłością żółtego światła, którem się karmią rośliny, w pomięszaniu z powietrzem błękitnym i wodą… Jakoż dwa te kolory atmosferyczne, skondensowane i zbite w tkankę roślinną, utworzyły duchowi drzew oną pierwszą szatę, one to szmaragdowe płaszcze i włosy, odmalowane już w księgach Mojżeszowych przez liść figowy, z którego sobie człowiek pierwsze robi odzienie. Nie obojętny raindrops-13-6-07awbwięc, o Panie, jest mi kolor każdy i kształt listka każdego, albowiem odkrywa mi ducha naturę i pracę mi własną niegdyś w roślinie odbytą opowiada… Każdy ząbek listka wiem, co znaczy – każdym się bowiem kształtem duch mój z pracy swojej wytłumaczył…”

PS.Chlorofil był opisany dopiero w 1940, a fotosynteza jako naukowy termin pojawiła się dopiero w 1893. Naukowiec to poeta uwięziony w “czerepie rubasznym”; poeta to naukowiec odurzony nektarem słów.

342. Pleć Pleciuga, Byle Nie Długo…

24 marzec 2009

Co to tak się w głowie męci?    pol12

Rad bym duszę mą ocucił;

Ach, i z serca czy z pamięci

Coś wysnował i zanucił

Jakoś rzewnie czy miłośnie

I wesoło czy żałośnie,

 ”Gadu, gadu, stary dziadu!

Pleć, pleciuga, byle długo;

 Bajże, baju, po zwyczaju

O tym ,naszym polskim kraju!”

 Wincenty Pol: Pieśń o Ziemi Naszej

Nie mam zwyczaju rozczulać się nad moją przeszłością. „Mea culpa” też jakoś mi nie przychodzi na język, bo jeśli nie potrafię sobie samemu przebaczyć, to niby jak mam wybaczać tym, którzy zgrzeszyli przeciwko mnie? Nie ma nic tak przeszłego, jak przeszłość. Niestety, jest to coś o  czym jest niesłychanie trudno przekonać przypadkowy zbiór ludzi jakim jest każdy naród. Naród, psze państwa, musi być dumny ze swych tzw „dziejów” czyli przeszłości, bo bez niej nie można wykrzesać z siebie tego ognia, który produkuje odurzający dym zwany popularnie patriotyzmem. To należy wypowiadać z ponurym wyrazem twarzy jako „patry-jotyzm”, ale w mojej akcentowanej polszczyźnie to brzmi bardziej jak patryidiotyzm. Patryjota świętuje uroczyście wszelkie pamiętne rocznice, zwykle te w których zabito mnóstwo jego kompatryjotów. To daje mu okazję do śpiewania jego narodowego hymnu czyli jakiejś głupawej piosenki z dalekiej przeszłości, która fałszywie opiewa bezmyślne wyczyny jakiegoś nieudolnego jenerała i wywołuje jego ducha, aby maszerował z ziemi polskiej na Wolską, bo za „jego przewodem, złączym się z narodem”! Czy można się dziwić, że jakiś ogłupiony„ojciec” leje rzewne łzy przed swą córką Basią, bo mu się coś ubrdało, że ktoś tam „bije w tarabany”? A my te bzdury śpiewamy, stojąc na baczność, podczas gdy niedobitki z ostatniej rzezi wypinają udekorowaną medalami pierś i kuśtykają przed patryjotycznymi dygnitarzami. To są właśnie objawy tej masowej zarazy zwanej patryjotyzmem. Każdy naród cierpi na nią; każdy składa wieńce na pomnikach i śpiewa swój równie durny hymn. Ględzenie o przeszłości to jeden z wielu sposobów unikania teraźniejszości. Patriotyzm zachęca do grzeźnięcia w zaścianku, bo jest łatwy do połknięcia jak kieliszek wódki i ma podobny skutek – sentymentelne rozrzewnienie nad tym co kiedyś było, ale się zmyło.  Lublinianin Wincenty Pol był entuzjastycznym piewcą „sarmatyzmu”, tej dziwnej reakcji przeciwko oświeceniu w XIX wieku , a miał w sobie potencjał bycia obywatelem Europy. Jego ojciec,  Pohl von Pollendorf  był Austriakiem , a matka Polką z francuskiej rodziny Longchamps. A on był Sarmatą!

Tak to bywa gdy patryjota  ”z dziecinną radością pociąga za sznurek, by stary Dąbrowskiego usłyszeć mazurek”, głupieje do imentu i bazgrze częstochowskie rymy. LI