Archiwum z luty, 2009

308: Psychodelicja Rozszyfrowana!

28 luty 2009

fish-psychodel1

Przyjrzałem się uważnie ustom tej psychodelicznej żaborybki kicającej po dnie oceanu i widzę wyraźnie, że Lulin posłala tam swoje promienie i wytatuowała pod dolna wargą Psychodelki swój autograf. Jedno zdjęcie bez retuszowania,  drugie z imieniem zielonowłosej komety- LULIn oznaczonym zielono. Między literą I i „n” widzę także męską twarz z wąsami. Reszta liter to v, u Y i wreszcie chyba greckie pi Π. Text potwierdza, że Lulin maczała swoje paluszki w oceanie koło wyspy Andon

i przesłała nam jakąś psychodeliczną wiadomość. Zgaduj zgadula co to znaczy…  J

fish-psychodtxt

307. Czy Awatar to Bluźnierstwo?

28 luty 2009

W moim  najnowszym awatarze w tym blogu pojawiam się w postaci kolorowego  motyla. Jako internauta jestem obowiązany ujawniać butterfly1asię w blogojawie w takim właśnie kwadraciku. Bez ikonki jestem jak internetowy Jan Bez Ziemi. Jeśli nie mam żadnych pomysłów, to uczynny prowider wstawi sylwetkę bez twarzy albo jakąś inną ikonę. Awatar jest hinduskim pojęciem religijnym. „Awatar” to jest „Ten Który Zstąpił” – domyślnie z nieba na ziemię, jako wcielenie bóstwa. Tym bóstwem w panteonie Hindusów jest zwykle, ale nie wyłącznie, bóg Wishnu. Irytują mnie te religijne plagiaty, te ikonki i awatarki, bo wyobrażam sobie jaki wrzask by wybuchnął, gdyby jakiś Hindus zastąpił  naszego awatara kwadratową ikonką  z „jezuskiem” „jehowem” albo „islamkiem”. A niby gdzie tu jest jakaś różnica? Jezus był awatarem Chrystusa, tak jak Budda awatarem Wisznu. Jehowa był przypuszczalnie awatarem Elohimów, którzy byli emanacjami boga El. Nie mam pojęcia co Hindusi i wyznawcy Wisznu myślą o tym bluźniertswie komputerowców. Pewnie tolerują to jako jeszcze jedną post-kolonialną głupotę Zachodu. A tymczasem  awatary i im podobne potworki z głębi internetu mnożą się jak grzyby po deszczu i lada chwila pojawią się pewnie ikonki ze świętymi

męczennikami. Moim ulubionym kandydatem byłby św Sebastian nadziewany strzałami losu jak szaszłyk . Namaste. 

 

PS. butterfly-25july08-003ten motyl “zstąpił z wyżyn”przez otwarte okno, usiadł na stole, poczekał cierpliwie aż złapię cyfrówkę  i pozwolił sie uwiecznić z rozpostartymi skrzydłami jako mój osobisty awatarek. Oryginalne zdjęcie tuż po lądowaniu na talerzu w dniu 25 lipca 2008. jako corpus delicti.

 

306. Psychodelica –Kometa Oceanu

28 luty 2009

„Ja jestem strzelcem,” uświadamia mnie piękna kobieta. „A Ty?”

Z rumieńcem zażenowania wyznaję, że jestem Panną. Słowo „dziewica”, które jest właściwym tłumaczeniem zodiakalnej „Virgo” jest monopolem Radia Maryja („zawsze dziewica”) i Ojca Rydzyka. Na przeciwnym biegunie Panny, jeśli mogę się tak nieoględnie wysłowić, są Ryby. Dla astrologicznie nieuświadomionych katolików dodam tylko, że Jezus urodził się w marcu roku 01 i dlatego znak Ryby (vesica piscis) był tajnym hasłem pierwszych chrześcijan. Oni wiedzieli, że jego matka urodzila się w znaku Dziewicy, ale Ojcom Kościoła ubrdało się, że jej mężem był niejaki Parakleta, a ona była Panną. Tacy z nich byli ojcowie, jak ze mnie panna.

Gdy chcę uniknąć chichotów na temat mojego pozornego dziewictwa, chronię się w chińskim zodiaku i mówię, że jestem Małpą. Dowcipy na ten temat ignoruję, skacząc na najbliższe drzewo.  

A teraz do rzeczy po tych niedorzecznościach. Nasz świat jest wypełniony po brzegi znakami, symbolami, strzępkami zapomnianych snów, sygnałami z planet w innych konstelacjach itd itp etc. Gdy jakimś cudem dostrzegę takie zjawisko czyli „z-jawę”, wówczas otwieram oczy w zdumieniu i cieszę się ,jakbym znalazł jakiś nieziemski skarb. Tak się stało wczoraj. Astrologicznie jesteśmy zanurzeni od środy w Rybach, bo słońce i księżyc na nowiu spotkały się w tej konstelacji. Astronomia mówi co innego, ale nie zwracajmy na to uwagi, bo poruszamy się w świecie w którym mrugają tylko prastare symbole. Pisałem parę dni temu o zielonej komecie Lulin, która spotkała się z ziemią dokładnie podczas nowiu Ryb. Zieleń także kojarzy mi się z wodą , bo taki kolor mają oceany. Niektóre żaby też są zielone, zwłaszcza te które łażą po drzewach…Skojarzenia powiodły mnie wczoraj telepatycznie do strony BBC, gdzie było moje najnowsze znalezisko: wiadomość, że  naukowcy znaleźli nieznany dotychczas gatunek Ryby na dnie oceanu w pobliżu wyspy Andon we wschodniej Indonezji.fish-psychodel Ta psychodelicznie kolorowa ryba z rodziny

żabnicokształtnych, już nazwana psychodelica to pożegnalny dar Luliny i jej regent na dnie oceanu. Aby dostrzec takie znaki trzeba po prostu obserwować co się dzieje w świecie jawy, szukać synchronizacji, słów i połączeń. Każdy z nas ma tę zdolność, ale nasza  codzienna jawa nie sprzyja takim wędrówkom. Czasem jednak warto spróbować, bo w ten sposób trenujemy nasze uśpione Trzecie Oko.

 Polska wersja znaleziska tutaj. Foto ze strony BBC Science News. Ji

305. Na Pożegnanie Komety Lulin

26 luty 2009

Ta piękna kometa Lulina wzbudziła nie tylko mój zachwyt. Australijski astro-fotograf chwycił ją wczoraj w przelocie i orzekł, że jest ona „bezgranicznie zdumiewająca i piękna”. Tym razem Lulin ubrała się w powiewne, ciemno-niebieskie tiule, a te zielone muślinowe turbany zwinęła w kryształową kulę i z szelmowskim mrugnięciem cisnęła w moje sny. Dziś rano,crystalball-26-2-09-a po przezwyciężeniu wielu niesamowitych przeszkód w zainstalowaniu nowego radiowo-szerokopasmowego gadżetu w komputerze, zobaczyłem coś błyszczącego na podłodze wśród, normalnego u mnie kłębowiska splątanych w orgiastyczne węzły kablowych zaskrońców. Moim porannym znaleziskiem w tym gnieździe kablowężów była zielona kryształowa kula, niewielka, ale piękna. Miałem kiedyś identyczną kulę, którą znalazłem dawno temu w trawie na Wzgórzu Pierwiosnków. Po kilku miesiącach ulotniła się ze swoich jedwabnych powijaków (kryształowe kule wymagają starannej opieki ) i nie mogłem jej nigdzie znaleźć. Nie pamiętam dokładnie kiedy zniknęła, ale to było pewnie 8-9 lat temu. A dziś rano leżała sobie cichutko na dywanie i mrugała do mnie zieliniście i tajemniczo. Lulin-Lu(b)lin, zielona trawa żubrów, przelot w dzień 24 lutego, pół roku po urodzinach i magiczna kula ze starej siedziby celtyckich druidów…Eeee, mówcie sobie co tam crystalball-a1chcecie, takie cuda są na świecie. Lulin posłała mi pożegnalny podarunek i teraz będę patrzył w tę zieloną kulę i śledził jej dalsze wędrówki w szmaragdowych snach i na mojej ziemskiej śniawie. Lulin jest Chinką w tej reinkarnacji, a że jestem w chińskiej astrologii Małpą więc umieściłem prezent komety w takim małpim tle. J

304. Szaleństwa Zielonej Luliny

24 luty 2009

Z początku myślałem, że mi się coś przywidziało, bo to był jeden z tych zwariowanych dni, gdy wszystko było „szyworot na wyworot”,comet-lulin jak mawial mój dziadek.  Statystyki odwiedzin w Gontynie są jak leniwie płynąca rzeczka – zwykle ok.50-60 zerknięć na dzień. A dziś – 450 i wciąż ten rekord szybuje w górę! Kto spowodował tę nawałnicę odwiedzin w cichym zakątku Druida? No, chyba jasne: Lulinka z zielonym warkoczem cisnęła mi taki mały prezencik niby-urodzinowy (bo dziś mija pół roku od moich sierpniowych urodzin) a potem od siebie, w podziękowaniu za moje opisy jej piękna, dała Gontynie pierwsze miejsce wśród stu najszybciej rosnących polskich blogów.  Wpis „Zielona Kometa-Zwiatun Zmian” czytało dziś ponad 300 osób. Ubawiła mnie ta cała historia, bo nie spodziewałem się tego rodzaju zmian. Od wczesnego rana próbowałem okiełznać ten szalejący rydwan Zielonowłosej, ale nie udało mi się. Telefony odmawiały posłuszeństwa, gadżety gapiły się na mnie złowrogo ze swoich pudełek, nieznani ludzie o chrapliwych głosach mówili mi przez telefon, że jutro będę połączony szerokopasmowo, a inni trzaskali słuchawką albo ogłuszali mnie zawodzeniem pop-wyjców zamiast przyjąć pogodnie moje skasowanie subskrypcji.  Ciekawy jestem , czy ta Lulina  miała jakiś wpływ na przebieg dnia u innych czytelników. Zwłaszcza w moim rodzinnym Lublinie, bo jej imię wygląda jak literówka grodyszcza nad Bystrzycą. Uważajcie na siebie, bo komety są nieprzewidzialne. Jak to kobiety… Ji

303. Mozaika Tulipanowych Złudzeń

22 luty 2009

tulipan1Ta zielono-fioletowa Lulina przemyka się migocąco po moich snach na jawie i podszeptuje mi dziwaczne skojarzenia. Dziś poprowadziła mnie do Holandii sprzed czterech wieków, gdy ten kraj flegmatycznych i smętnych deszczowców opętała senna zmora tulipanomanii. Botaniści mówią, że „ojczyzna tej byliny cebulowej nie jest znana”; owszem, jest – tulipan powstał w snach i marzeniach polskich dziewczyn, na co wyraźnie wskazuje romantycznie parzyste połączenie słowa „tuli” z „panem”.  Jakiś amator kwiatów znalazł tulipana na południowym-wschodzie Europy i przywiózł go do Wiednia, ale tulipan zignorował Austriaków i przyśnił się holenderskiemu botanikowi, który przywiózł cebulki do Lejdy i posadził w swoim ogrodzie, aby badać lecznicze zalety tulipana. Jego sąsiedzi podziwiali egzotyczny kwiat nieznany w ich nizinach, ale ich właściciel był skąpy i ani nie rozdawal cebulek ani nie chciał ich sprzedawać. Sąsiedzi, po sąsiedzku, ukradli cebulki i to było zarodkiem szybko postepującego opętania „tulipanomanią”, o której ciekawi mogą poczytać tutaj. Intryguje mnie metamorfoza tulipana w ogromną różnorodność giełdowych manii, ludzkich szaleństw, całkowitej utraty proporcji w ocenianiu wartości i tworzeniu takiego „piekiełka”, jakie właśnie zaczyna rozpadać się na naszych oczach. Zwróćcie uwagę na krótką wzmiankę w tym artykule o wirusie „mozaika”, bo mnie się wydaje, że sny to właśnie taka „wirusowa mozaika”. Nieszkodliwa, ale prowadząca do różnego rodzaju barwnych opętań. Czuwajcie nad waszym mozaikowym śnieniem.

PS. Chochlik drukarski w bibliografii cytowanego artykułu zmienił nazwisko autora książki „Niezwykle złudzenia i szaleństwa tłumów” Charles Mackay na Ch. Macka. Książka jest przedrukiem oryginalnego wydania z 1841r.

302. Zachód Słońca Nad Hampsteadem

21 luty 2009

sunset-21feb09-001

Niebo zaczyna stroić się na powitanie Komety Współpracy, która ma jeszcze kilkanaście milionów kilometrów wędrówki zanim złoży nam krótką wizytę w nadchodzącą środę.  Sobota była wyjątkowo słoneczna i niemal wiosennie ciepła :14C. Otworzyłem okna i drzwi na balkon, aby wypędzić z kątów zimowe cienie. Zachodzące słońce pomalowało mi niebo na fioletowe pastele, ciemne błękity i pomarańczowe smugi.

sunset-21feb09-002

301.Lulin-Kometa Współpracy

21 luty 2009

Kilka ciekawostek o tej „gras w zielone?gram” komecie Lulin, wyłowionych ze strony magazynu astronomów Sky & Telescope. gdzie jest zdjęcie Lulinki w szacie fioletowo-czerwonej.

We wtorek 23 lutego, bezksiężycowo ciemne niebo powinno sprzyjać spotkaniu z tą kometą, przybywającą z jej 1,000-letnią wizytą . Pod warunkiem, że będzie bezchmurnie. Lulin popędzi zaledwie 2płd/płdwsch. od starego Saturna, który będzie gapił się na ten piękny zielony warkocz Luliny dopóki nie zniknie wśród gwiazd Lwa. W środę, 24 lutego, Lulin przybliży się do nas na odległość 61mil.km. i będzie widoczna jako gwiazda 5-ej wielkości.  W czwartek znajdzie się w opozycji do słońca, co na pewno wydłuży pięknie jej zielony warkocz i zacznie szybko znikać z pola widzenia. Nie zobaczymy jej ponownie aż gdzieś około roku 3012. Lulin jest dziwaczką, bo chociaż wpadła w koło naszej ekliptyki, leci w kierunku przeciwnym do ruchu planet, pod kątem 178.40 (stąd jej naukowa nazwa kometa hyperboliczna) co można zaobserwować na tym 3D ruchomym diagramie.  W marcu Lulin będzie już w szczypcach konstelacji Raka, widoczna tylko w wielkich teleskopach. Lulin jest nazwą obserwatorium na Taiwanie, gdzie jeden z młodych astronomów, Chi Sheng Lin, umieścił ją na fotografii jako asteroid. Dopiero w 2007, niejaki Quan Zhi , 19-letni student z Chin, dostrzegł jej warkocz i tak stała się kometą. W Chinach i na Taiwanie, Lulin nosi ładną nazwę Komety Współpracy. Może jest w tym jakieś przesłanie dla nas? Kto wie…

300.Wędrówki Na Granicy Jawy i Snu

20 luty 2009

Byle kto zbawia się przez sen, byle kto jest genialny, kiedy śpi: nie ma różnicy pomiędzy marzeniami sennymi rzeźnika i poety. Jednakże nasza świadomość nie może tolerować trwania takiego cudu, ani tego, by natchnienie było w zasięgu wszystkich: dzień zabiera nam dary, jakimi obdarza nas noc. Tylko szaleniec posiada przywilej płynnego przechodzenia z istnienia nocnego w dzienne: nie istnieje żadne rozróżnienie między jego marzeniami sennymi a jawą. Odrzucił nasz rozum, podobnie jak kloszard odrzucił nasze dobra. Obaj odnaleźli drogę wiodącą poza cierpienie, obaj rozwiązali wszystkie nasze problemy, toteż pozostają przykładem, którego nie możemy naśladować, zbawicielami bez uczniów.”

Emile Cioran: Myśleć przeciw sobie

Niestety, Emile Cioran nie żyje, więc nie mogę zaprosić go do Gontyny na pogawędkę. Chciałbym mu wytłumaczyć w jakiś sposób, że to co pisał nie może być objawioną prawdą dla mnie, bo on nie był Stefanem, a ja nie jestem Emilem. Skąd wiesz, Emilu, o czym śni rzeźnik i dlaczego uważasz, że jestem szaleńcem, jeśli udaje mi się mieszać jawę i senne marzenia w taką glinę garncarską, że potrafię ulepić z niej wpisy w tym blogu? Monsieur Cioran potrafił pisać z pasją  natchnionego Savonaroli, ale to nie znaczy, że miał zawsze rację. Jego esej o mistykach przekonał mnie w 90%, ale do reszty jego „bezwzględnego filozofowania” w kilku dostępnych na webie tłumaczeniach podchodzę ostrożnie i sceptycznie, bo widzę w jego argumentach rumuńskiego emigranta piszącego po francusku dla paryskiej elity intelektualnej. Tłumaczenie na polski raczej utrudnia mi pełne zrozumienie jego pesymizmu, bo machinalnie szukam angielskich słów, które mogłyby mi pomóc w odprogramowaniu jego zawikłań. Ale dla jego talentu pisarza mam nic tylko podziw i szacunek. I to chyba tyle na mój trzechsetny wpis. JI

299.Zielona Kometa-Zwiastun Zmian

20 luty 2009

comet-lulinPojawiam się w snach, śnię na jawie. Jeszcze trudno mi w to uwierzyć, ale widzę coraz wyraźniej jak senne tworzywo przekształca się na jawie w konkretne wydarzenia. Nawet jeśli te ujawnione, senne mgiełki mogą wyglądać na banalną codzienność, to nie wolno ich bagatelizować. W tego rodzaju twórczości zawsze bulgoczą niespodzianki. Dwa dni temu pisałej o zieleni, o świętej trawie i żubrach. Wczoraj, tuż przed północą, zajrzałem do jednej z moich nielicznych angielskich  zakładek i tam ujrzałem piękne zdjęcie Jacka Newtona (nomen omen!) zbliżającej się do koniunkcji z ziemią zielonej komety Lulin. Tak się dziwnie składa, że ta koniunkcja przypada na dzień 24 lutego w konstelacji Lwa. No, to co z tego? Niby nic, ale moje urodziny były 24 sierpnia, na styku Lwa i Panny i w momencie gdy ta Zielona Lulin pojawi się tutaj upłynie dokladnie sześć miesięcy od tego niepamiętnego dnia. Niby nic, ale Lulin to pewnie mój rodzinny Lu(b)lin. Czy ten zielinisty Lublin na niebie ma jakiś tajemniczy związek ze świętą trawą , tego nie wiem. Aha, następnego dnia po koniunkcji jest księżycowy nów w znaku Ryb, które są przeciwnym biegunem Panny. I tego właśnie dnia muszę sam zainstalować sobie broadband i połączyć mój komp z nowym prowiderem, który – tak jak ja – jest gadułą i zwie się talktalk czyli po polski gadu-gadu. Jawa –sen-jawa… Wczoraj pisałem o mlecznych kożuchach, a dziś rano zwarzyło mi się mleko do kawy. To zwarzenie wyglądało jak kłaki z kożucha. Kawę uratowałem. Na kwaśne mleko jakoś nie mam ochoty. Chyba, że Lulin domaga się takiej ofiary, a komecie nie potrafię odmówić.