Archiwum z styczeń, 2009

277. Na Pożegnanie Stycznia

31 styczeń 2009

panasonic2

Nie mam takich wspomnień z tych 31 dni, które chciałbym zachować w pamięci. Były lepsze i gorsze momenty, był Barack Obama i mroźne noce. Wsteczny Merkury zablokował mi pocztę, której do dziś mój żałosny prowider nie potrafił odkorkować. Ledwie zdążyłem wysłać przed ostatecznym terminem moje zeznanie podatkowe za przeszły rok, tłumacząc szkockim inspektorom, że moje straty finansowe zostały spowodowane recesją honorariów i brakiem dochodów z blogowania. Kiedyś mówiono mi, że za darmo piszą tylko szantażyści, donosiciele i grafomani. Teraz trzeba dodać do nich blogerów. Kariera dziennikarzy, pisarzy i poetów zbliża się ku przepaści bezrobocia. Ilość wartych czytania blogów wzrasta z dnia na dzień, a gazety są coraz mniej ciekawe i oryginalne. Talent pisarski objawia się teraz w blogach. Niestety, jest to objawienie, które podoba się tylko tym, który blogują. Syndrom chińskiej pralni powielanej w milionach egzemplarzy. I to tyle na koniec stycznia, na 10 minut przed lutym.Dobranoc – z podziękowaniem za wizyty w Gontynie. hJ[

276. Walc Strusia i Enigma Sfinksa

30 styczeń 2009

Bardzo mi się podobało określenie słów jako dziwnych pudełek, w których możemy grzebać w poszukiwaniu znalezisk z dalekiej przeszłości, pożyczonych obcych monet, które sphinxstały się naszą własnością, tajemniczych hieroglifów i strzępki ledwie czytelnych papirusów. Wpadłem na słowo „struś”, które brzmi swojsko, ale jest pożyczką od Niemców. Ten ni to ptak ni to wielbłąd bez garbu nazywa się po niemiecku Strauss, czyli ten Johann od wiedeńskich walców i tanecznych zawirowań, od których ludzie dostają kręćka. Germańcy przekręcili łacińskie „avis struthio-ptak struś”, ale Rzymianie ukradli greckie  strouthokamelos, co się tłumaczy idiotycznie na wielbłąd-wróbel, bo zdumiewała ich ta długa szyja. Było także słowo „megas strouthos – wielki ptak a. wróbel”. Sfinks to ta pół-kobieta, pół-lwica, która mordowała każdego kto nie potrafił odcyfrować jej zagadki.  Edyp rozwiązał ją, co skłoniło zdemaskowaną Sfinksę do samobójstwa. Sfinks nie znaczy „Zagadkowa”, ale „Dusicielka” od greckiego „sphiggo” (wym.sfingo) – zaciskać,wiązać, dusić, . Robert Graves wyjaśnił sfinksa astronomicznie: uskrzydlona tebańska bogini księżyca była reprezentacją dwóch części roku. Lipiec-lew gdy słońce było w zenicie, sierpień-Panna, po zrównaniu dnia z nocą. Te dwie konstelacje uważano za jedną. Edyp prawdopodobnie zreformował tebański kalendarz i rozdzielił Lwa od Panny. Jestem w rozterce, bo urodziłem się dokładnie na styku Lwa z Panną, więc pewnie mam w sobie jakąś fatalną zagadkowość Sfinksa. Z instynktu ściskania nie został mi nawet zwyczaj streszczania się czyli dławienia rozwiązlego gadulstwa. Kh

275.Świńskie Słowa i Ptasie Rozmowy

30 styczeń 2009

Wyobrażam sobie jak świnie uśmiechają się ironicznie, gdy próbujemy nieudolnie naśladować ich mowę. Nie mamy nawet słów na określenie tych świńskich dźwięków, chociaż potrafimy, od biedy, wydawać odgłosy nosowo-gardłowe, które brzmią jak „hrumf –ghrumf”. Czy ktoś próbował naśladować świńskie kwiczenie? A to jest przecież mowa tych nieszczęsnych zwierząt, które może usiłują nam coś wytłumaczyć. Angielskie świnie mówią rzekomo  „oink!oink”, ale do tej pory nie udało mi się znaleźć takiego prosiaczka, który by mnie powitał jakimś „oinkiem”. W Norwegii wieprze rozmawiają z maciorami językiem „nøff, nøff”, który możemy to śmiało nazwać „świnsko- norweskim bokmal”. W zabawnej księżce angielskiej pt „Sok Alfabetyczny” (Alphabet Juice) autor Roy Blount Jr pisze, że angielskie słowo „grunt”- chrząkać jak świnia, to francuskie „grogner” i anglosaskie „grunnettan”, co da się porównać do greckiego „gry” o tym samym znaczeniu. Dla Greków prosiak to był „gryllos”- chrząkacz. Ksiązka Blounta nie da się przetłumaczyć na polski, ale korci mnie pomysł napisania takiej „nalewki ze słów i znaczeń” o polszczyźnie. Dodam tylko, że świnki nie są wyjątkiem w naszej nieudolności tworzenia „świńskich słów”. Dla nas kogut pieje „kukuryku” (kłamstwo!) dla Anglików „cock-a-doodle-do” , dla Francuzów „cocorico” itd .Czy kura mu odpowiada „kot-kodak” a jeśli tak, to co chce przez to powiedzieć? Najwyższy czas na szukanie sposobów do tłumaczenia i lepszego zrozumienia tych nieznanych nam do dziś ptasich śpiewów, buczenia krów i rozmówek między płatkami śniegu. Sam nie dam rady, ale z pomocą słowolubów…J{

274. Od Spódniczki do Przeszywanicy

29 styczeń 2009

Ale nie bardzo wierzę, że wystarczy założyć sukieneczkę, żeby od razu zostać królewną Śnieżką. Raczej zgadzam się, że nawet garnitur od Hugo Bossa, założony na prezesa, będzie szczękał, jak bitewna zbroja i gracji od tego nie przybędzie. Najlepszy krawiec nie ukryje obsesji prezesa (Daniel Passent .Garnitury i Manekiny.Nowa Twarz PiS)

Moja zbyt żywa wyobraźnia momentalnie zainscenizowała trafne powiedzonko Daniela Passenta. Na scenę wbiegł w podskokach malutki prezesik w króciutkiej sukieneczce i czarodziejską różdżką w łapce, a zanim reszta krasnoludków. Na mojej widowni rozległ się gremialny chichot i tylko jeden rzęsisty poklask od pani Jolanty, która nawet próbowała zorganizować jednoosobową stojącą owację. Pani Jolanta, dla kontrastu, nosiła eleganckie spodnie. Pomyślmy jednak poważnie nad tym ubiorem, który dziś sprawuje taką bezlitosną dyktaturę nad nami mężczyznami. Mam na myśli spodnie. Kobiety w spodniach wyglądają elegancko i nie tracą nic na tym co się mgliście zwie kobiecością. A mężczyzna w spódniczce ponad kolana? Tak, tak ,wiem że zaraz ktoś ciśnie we mnie szkockim albo greckim kiltem, ale to są wyjątki i oni też już nie noszą tych barwnych spódniczek na codzień, tylko od święta. Spodnie wprowadzili w modę Scytowie, którzy mogli ściągnąć pomysł od perskich Achemenidów. Celtyckie plemiona to już naśladownicy. Ale wyobrażam sobie jakiego szoku doznali legioniści rzymscy w swych tunikach na widok armii barbarzyńców ubranych w trajkoty. Celtowie też pewnie byli trochę skonfudowani na widok tych rzymskich wojowników w spódniczkach. Wędrując po webie śladem dawnych ciuchów wpadłem na pięknie ilustrowaną stronę Agnieszki Moniki Mazur i jej kilka interesujących artykułów, zwłaszcza ten o miękkiej zbroi zwanej przeszywanicą, a także o aketonie do noszenia pod kolczugą, gdy ruszę do walki na emejle z moim wrażym prowiderem Tiscalim. Chwilowo – arrivederci i goodnight. +KI

273. Bolesne Krocze Wiolonczelisty

28 styczeń 2009

Ledwie zdążyłem napisać o naukowych blogach, a tu wpadła mi w oko naukowa blaga pierwszej klasy! British Medical Journal opublikował w 1974 roku list podpisany przez J.M Murphy, który opisał nieznaną dolegliwość zwaną „syndromem krocza wiolonczelisty”, uraz tego miejsca spowodowany trzymaniem instrumentu między nogami. Dziś wyszło na jaw, że prawdziwym autorem listu była profesor medycyny w słynnym szpitalu londyńskim, Elaine Murphy,która jest teraz baronową Murphy. List podpisał jej mąż, bo ona nie mogła narażać takim dowcipem swojej akademickiej reputacji. To bolesne krocze wymyśliła podczas kolacji, gdy ktoś wspomniał „syndrom sutka gitarzysty”, irytacja brodawki piersiowej spowodowana przyciskaniem do niej gitary. BMJ potraktował wyznanie baronowej pobłażliwie, jako niezbędny składnik „radości życia”. Prof dr Murphy postanowiła ujawnić swoją blage po 34 latach, gdy przeglądając pisma medyczne ujrzała „krocze wiolenczelowe” cytowane wielokroć w naukowych artykułach. Taka jest potęga słowa drukowanego w prestiżowym czasopiśmie naukowym.Ciekawe czy lekarze polscy leczyli kiedyś kogoś na takie dolegliwości. Artykuł na ten temat ukazał się dziś w BBC. Oryginalny list (Original Letter)można znaleźć kliknięciem po prawej stronie. IJ%

272. Blogi Czy Blagi Naukowców?

28 styczeń 2009

Czytam regularnie kilkanaście blogów pisanych przez naukowców.Ich zawartość i wartość może być trudna do oceny dla laika, ale często piszą oni o trudnościach jakie mają w dzieleniu się z nami ich triumfami i klęskami w swej zawodowej pracy. Ich zwierzchnicy grożą kopniakiem i ruiną kariery, jeśli naukowiec-blogger odważy się napisać o czymkolwiek, co nie jest oficjalnie ujawnione. W opinii szefów takie przecieki szkodzą nauce i mogą zrujnować eksperymenty albo, co gorsza, wywołać niezrozumienie, a nawet panikę wśród ignoranckich zakładek blogera. Rządowe departmenty i prywatne firmy boją się prawdę mówiących blogerów jak dżumy. Najgłośniej oburzają się kłamczuchy PR, bo taki bloger podważa ich bajdury. Jeden z takich walących prawdę prosto z mostu jest fizyk z Włoch, piszący po angielsku. Odważny bloger, bo nawet gdy napadają na niego obrażeni lub zdenerwowani przedwczesnym ujawnieniem niewygodnych faktów koledzy czy autorytety, to on publikuje ich obraźliwe komentarze, przeprasza tam gdzie się przejęzyczył i brnie dalej. Ostatnio skomentował krytycznie wywiad z szefem ds komunikacji w CERN, opublikowany w Physics World. Dorigo (tak się zwie mój włoski fizyk- ryzyk) twierdzi, że naukowe elsperymenty i ich rezultaty są własnością publiczną. Naukowcy, którzy je prowadzą, nie mają do nich wyłącznego prawa. Blog Dr Dorigo nazywa się „Ocaleniec z Kwantowych Dzienników” (Quantum Diaries Survivor) i jest moją ulubioną lekturą. Dorigo to Wenecjanin, a z nimi lepiej nie zadzierać, bo oni wciąż uważają się za niepodległy kraj. JI

271.Pęknięta Bańka Marzeń Blogozofa

27 styczeń 2009

Czy ktoś z Was zauważył może jak trudno jest dziś wymyślić coś oryginalnego? Ile razy wpadnę na jakiś wspaniały pomysł, sprawdzam na wszelki wypadek czy ktoś już zwędził mi ten oryginał, oczekujący publikacji. W 99 wypadkach na 100, google potrafi rozczarować mnie w 0.16 sek. Dziś zaświtała mi w głowie idea otworzenia szkoły kształcenia blogologów. Blogologia, pomyślałem zarozumialczo, to nieznana jeszcze wiedza. Będę pionierem, rektorem, wykładowcą i badaczem blogologii, blogozofii i blogomaryny nawet. Starzy, młodzi i średnio-wieczni zapiszą się co żywo do mojego Instytutu Blogologii Stosowanej (IBLOS) i z pomocą mojego wspaniałego ciała nauczycieli, których już sobie wybrałem, będziemy produkować magistrów, doktorów, docentów i nawet habilitowańców. Na wszelki wypadek wstukałem w poszukiwarkę „blogologia jako nauka”. Rozczarowanie, bo jest już praca doktoralna w tej dziedzinie, oparta an blogach Bloxa. Nie czytałem jej wprawdzie, ale to wystarczy aby mój sen o blogologii rozpadł się w proch. Polskie blogi nie zajmują się blogologią, ale co ze tego, gdy pytanie „blogology as science” wyprodukowało 5,300 stron poświęconych temu tematowi. Jedyną pociechą w tym pękniętym śnie jesto to, że dowiedziałem się jak można wykorzystywać cudze blogi na wpisy we własnych blogach. Coś w rodzaju Blogochińskiej Pralki, w sam raz na Rok Płodnej Bawolicy. Dobrej nocy dla blogolożek i blogologów w blogołóżkach. IhK

270. Ośmioro Bawolątek i Tuatara

27 styczeń 2009

Chińska Bawolica popisała się zgodnie ze swoją magiczną liczbą 8 i sprawiła narodziny ośmioraczków w Kalafiorni. Ośmioro bawolątek-sześć bawołków i dwie bawoliczki. Przy porodzie było 18 lekarzy, ośmiu na każdego następnego noworodka i 10 w charakterze widzów, bo to niezwykłe zdarzenie. Nie wiemy nic ani o matce ani o ojcu, bo oni są „kopyrajt” jakiejś gazety, TV czy firmy produkującej pigułki płodności, które matka bawolątek rzekomo łykala z upodobaniem.  Ten ósmy noworodek to chyba jakiś krasnolud, bo nikt nie wiedział, że on tam siedział dopóki nie wrzasnął zanim chirurg zaszył to cezarowe rozcięcie. Druga nowina z tej samej dziedziny to Henryk, 111-letni gad zwany tuatara, co jest akronymem „ura!tata!”(pewnie hurra!tata). Brawo, Heniu! dałeś dowód, że wiek to tylko liczby i nadzieję wielu dziadkom w twoim wieku, że nie wszystko jest stracone. Tuatary płci żeńskiej są mądre i wiedzą, że gen długowieczności warto przekazywać następnym pokoleniom. Bądź co bądź ich kuzyni mieszkali na naszej planecie 225 mil. lat temu. A poza tym one mają tzw „trzecie oko” na czubku głowy i są pewnie jasnowidzące. Patriarcha Henryk niechybnie poprosił o pomoc w płodzeniu tę specjalistkę od płodności-Bawolicę no8.Niezwykłe zdjęcia tuatarów na tej stronie do oglądania.

269. Galopem Na Grzbiecie Bawolicy

26 styczeń 2009

Jestem chińską Małpą. Dziś jest Nowy Rok Bawoła w Chinach i Wietnamie i mądre księgi pouczają mnie,że Bawół i Małpa mogą żyć ze sobą w zgodzie. W to nie wątpię,bawol bo pracuje jak bawół, jestem przeważnie jaroszem i zawsze cieszy mnie widok trawy, trawników i zapach siana, ale to nie znaczy, że od dzisiejszego nowiu księżyca i Chińskiego Nowego Roku Bawolicy, będę się pasł na zielonych zboczach Wzgórza Pierwiosnków. Chyba, że mój bank zbankrutuje i w chałupie zabraknie żywności. Trawa szybko odrasta, więc jakoś damy sobie radę. W zimie będzie siano i owies. Zwierzaki chińskiego Zodiaku Księżycowego powracają na scenę świata co 12 lat, a zatem Bawół gościł tutaj w 1997. O ile pamiętam, był to dla mnie dość pracowity, ale spokojny rok. Szczęśliwą liczbą w tym bawolim roku jest ósemka, a to moja liczba urodzinowa. Kolor żółty i niebieski też mi pasują. W każdym razie Nowy Rok Księżycowy zaczął się pomyślnie, bo moja skrzynka pocztowa zablokowana od pięciu dni otworzyła się nagle kilka godzin temu. Przed południem zaatakowałem jak rozjuszony bawół mojego prowidera i ubodłem go nawet słowami pełnymi pogardy dla firmy, która udawała że mnie nie zna. Gdy zapędziłem go w bawoli róg, prowider przyrzekł że poczta przyfrunie najpóźniej w środę wieczorem.”Nie!” rzekłem twardo, skacząc z małpią akrobatyką na grzbiet Bawolicy. „ Albo dziś, albo opiszę waszą haniebną nieudolność w moim blogu” i na wszelki wypadek trzasnąłem słuchawką dla emfazy. No, i pomogło. Bawolica wróciła flegmatycznie do przeżuwania soczyście zielonej trawki, a ja mam znowu niebieskie emejle. hJh

268.Żmije w Mózgu i Robal Conficker

25 styczeń 2009

Spotkałem w życiu kilku aniołów, legiony szatańskie, ludzi promieniujących dobrocią i życzliwością, ale także skrajnych egoistów, bezmyślną hołotę i resztę ludzkiego zoo. Nic w tym dziwnego lub nowego, ale odkąd zostałem internautą, dowiedziałem się także o istnieniu odmieńców, których jedynym celem jest atakowanie i niszczenie tego, co milionom ludzi sprawia przyjemność i ułatwia życie – dostęp do bogactw internetu. Dziś czytałem dłuższy artykuł w brytyjskim Independent o nowym, tajemniczym i groźnym wirusie-robalu, który- według niektórych obliczeń – zaraził już ok.15ml komputerów na całym świecie.  W Anglii Misterstwo Obrony Narodowej, szpitale, samorządy i dobrze znane firmy  tutaj ,jak i w Ameryce, Rosji, Indiach i Chinach znalazły tę ohydę w ich komputerach.  Robal nosi kilka nazw – Downaup, Conficker i Kido.   W tej chwili nikt nie wie jeszcze jaki jest cel tego wirusa, bo jest przyczajony i nieaktywny. Specjaliści nie sądzą, że to jakiś nastolatek chciał się tylko popisać swoim genialnym pomysłem i wiedzą programowania.  Wirus prawdopodobnie powstał na Ukrainie, bo przed atakiem sprawdza  klawiatury i gdy spotka ukraińskie litery, nie atakuje. Spece obawiają się, że to może być typ wirusa („rootkit”) który efektywnie przejmuje kontrolę nad wszystkim co jest w komputerze.  A ja zastanawiam się, daremnie, nad takim człowiekiem, który musi być tak przepełniony nienawiścią do świata, że wpuszcza takiego szatańskiego robala w miliony komputerów i raduje się swoją władzą i chaosem, który stworzył. Oczywiście, że może to być także programista na żołdzie gangu kryminalistów albo jakiejś tajnej organizacji, która przygotowuje się do zniszczenia najważniejszych ośrodków kontroli państwowej w wielu krajach. Ktokolwiek jest twórcą tego robala musi mieć kłębowisko jadowitych żmij zamiast mózgu. Czy go złapią? Jeśli jest demonem, to raczej wątpię. Jeżeli jest istotą ludzką, to współczuję. Z takimi lokatorami w głowie, życie nie może być radosne.