
Nie mam takich wspomnień z tych 31 dni, które chciałbym zachować w pamięci. Były lepsze i gorsze momenty, był Barack Obama i mroźne noce. Wsteczny Merkury zablokował mi pocztę, której do dziś mój żałosny prowider nie potrafił odkorkować. Ledwie zdążyłem wysłać przed ostatecznym terminem moje zeznanie podatkowe za przeszły rok, tłumacząc szkockim inspektorom, że moje straty finansowe zostały spowodowane recesją honorariów i brakiem dochodów z blogowania. Kiedyś mówiono mi, że za darmo piszą tylko szantażyści, donosiciele i grafomani. Teraz trzeba dodać do nich blogerów. Kariera dziennikarzy, pisarzy i poetów zbliża się ku przepaści bezrobocia. Ilość wartych czytania blogów wzrasta z dnia na dzień, a gazety są coraz mniej ciekawe i oryginalne. Talent pisarski objawia się teraz w blogach. Niestety, jest to objawienie, które podoba się tylko tym, który blogują. Syndrom chińskiej pralni powielanej w milionach egzemplarzy. I to tyle na koniec stycznia, na 10 minut przed lutym.Dobranoc – z podziękowaniem za wizyty w Gontynie. hJ[
stały się naszą własnością, tajemniczych hieroglifów i strzępki ledwie czytelnych papirusów. Wpadłem na słowo „struś”, które brzmi swojsko, ale jest pożyczką od Niemców. Ten ni to ptak ni to wielbłąd bez garbu nazywa się po niemiecku Strauss, czyli ten Johann od wiedeńskich walców i tanecznych zawirowań, od których ludzie dostają kręćka. Germańcy przekręcili łacińskie „avis struthio-ptak struś”, ale Rzymianie ukradli greckie
bo pracuje jak bawół, jestem przeważnie jaroszem i zawsze cieszy mnie widok trawy, trawników i zapach siana, ale to nie znaczy, że od dzisiejszego nowiu księżyca i Chińskiego Nowego Roku Bawolicy, będę się pasł na zielonych zboczach Wzgórza Pierwiosnków. Chyba, że mój bank zbankrutuje i w chałupie zabraknie żywności. Trawa szybko odrasta, więc jakoś damy sobie radę. W zimie będzie siano i owies.