Archiwum z wrzesień, 2008

137. Gramatyka Wirtualnej Ciszy

30 wrzesień 2008

Jesteś pauzą w mojej wewnętrznej melodii, myślnikiem, który wstawiłem rozmyślnie w nasze wirtualne spotkania, aby usłyszyć ciszę twojej nieobecności. W zawikłanej gramatyce naszych stosunków były czasem znaki zapytania, przecinki i dwukropki, niecodzienne średniki, ale nigdy nie stawialiśmy kropek. Nasze słowa płynęły strumieniami, szukając jakiejś dalekiej rzeki, gdzie mogłyby wreszcie bawić się wspólnym falowaniem. Nie wiem czy ta rzeka istnieje tylko w naszych snach czy może wchłonął ją jakiś bezbrzeżny ocean innych światów.  Pauza nie trwa wiecznie, ale jest tak konieczna jak naiwna modlitwa zagubionego dziecka do anioła stróża. Pauza to moment na refleksje i spojrzenie na siebie – bez lustra. Nie powinienem jej przewlekać moim własnym niezdecydowaniem ani przecinać moją nieciepliwością.  Ona ma swój niewidzialny budzik, który usłyszę jednego dnia, o świcie, gdy dojrzeję do powitania wschodzącego  słońca niespełnionych nadziei.

136. Bukiet Na Koniec Września

30 wrzesień 2008

Zacząłem wrzesień od utyskiwania nad wybuchem banałów o złocistej jesieni, smętku,  dymiących ścierniskach i odlatujących kluczach żurawich. Reszta moich wpisów blogowych to zwykła mieszanka mniej lub bardziej udanych obserwacji i dywagacji na rozmaite tematy. Trudno mi się pozbyć tych nawyków felietonisty, bo tylko w tej formie pisania znajduję możliwość nizania na blogowy sznurek wielobarwnych paciorków na mój codzienny różaniec. Ah! właśnie ten różaniec przypomnniał mi okrężną drogą, że Virgo-Virgin-Dziewica zawiodła mnie paskudnie, gdy okazało się, że -wbrew przyrzeczeniom -  nie może podłaczyć mnie do kablowej telefonii i internetu, bo cośtam, jakośtam. Rezultatem był chaos, ale z chaosu może czasem wypsnąć się wszechświat nowych mgławic i gwiazd, więc nil desperandum. Dziś otrzymałem list od płochej Dziewicy, że zainstaluje mi kable w piątek 10 października. Jeżeli znowu mnie zawiedzie, to przestanie być Virgin i będzie musiała zmienić nazwę na Demi-Vierge czyli Półdziewicę. Jak ktoś mądry słusznie zauważył z tych połowicznych istot tylko półdupki potrafią utworzyć spójną całość. Półgłowki, półdziewice, półmrok,półprawdy, półuśmiechy itp nie mogą w żaden sposób połączyć się w jedną spoistą całość. Październik nie zapowiada się dobrze. Krach finansowy wisi nad każdym posiołkiem w tej globalnej wiosce, a to może doprowadzić do zamętów, rewolucji, zgilotynowania złodziejskich ignorantów zwanych bankierami-bankrutami, katastrofalnego bezrobocia itede. Miejmy nadzieję, że nie będzie aż tak źle, ale ja zacząłem już ciułać to i owo na „czarną godzinę”. Wolę być zapobiegliwyn wiewiórem, niż pasikonikiem rzępolącym bezmyślne optymizmy na lekkomyślnych skrzypkach. dK

135. Tidiritkum i Inne Stare Piosnki

29 wrzesień 2008

„Ojciec najgorsze wyrazy

Powtarzał po kilka razy”

T.Boy-Żeleński

Dostało mi raz od mojej bogobojnej stuletniej Babci za powtarzanie wyrazu, które ona uważała za „świństwo”. To słowo-tabu usłyszałem, gdy nasza zlekka niedorozwinięta pomocnica Rózia wyśpiewywała głośno jedną strofkę z jej bogatego repertuaru piosenek do umilania sobie domowej harówki. „Tidiritkum tidiritkum, zawiązałam sobie nitkum, zawiązałam nie wiedziałam, tidiritkum.” Miałem nawet ochotę zwrócić uwagę Babci na niezbyt gramatyczną formę „nitkum”, bo powinno to być „nitką”, ale ta zacna rodzicielka rodzicielki nie chciała wdawać się ze smarkaczem w żadne dyskusje leksykalne na ten rzekomo ryzykowny temat.. Przez długi czas to tajemnicze tidiritkum wisiało nad moją głową jak semantyczny miecz Damoklesa, a nitkum dręczyło moją wyobraźnię jak przędziwo Ariadny w spoconej dłoni Tezeusza. W Googlu znalazłem jedyną, nieco odmienną i chyba improwizowaną wersję tej tidiritkumowej piosenki Rózi: „ tydyrytkum (bis), zaszyła se baba nitkum, siała baba mak, nie wiedziała jak, a narkoman wiedział, ale nie powiedział.” Mimo jej upośledzenia, Rózia miała romantyczną duszę i śpiewała inne risque piosenki, z których zapamiętałem tylko małe urywki. „ Zawędrowali w ciemny las (bis) tutaj dziewczyno, tutaj jedyno, tutaj dziewczyno, nocnik nasz” . myśle, że Rózi pewnie pomylił się nocleg z nocnikiem, ale może “nocnik” był gwarowym noclegiem. W innej piosence Rózia zawodziła żałośnie „póńdę na chór i obacę, Edwin Wandzi ściska dłoń…” Być może, namiętny Edwin był organistą, którzy w owych czasach mieli paskudną reputację uwodzicieli jak w tej starej piosence: „ …była niewinna i czysta, do lasu ją zabrał pan Piotr, z zawodu był on organistą, doprawdy ten Piotr to jest łotr. Wesele! stoją druhny jak kwiat, tam gorsecik, tu frak, panny młodej wciąż brak, panny młodej wciąż brak.” Jak można się domyślić, organista Piotr zabrał pannę młodą do lasu, aby ją uświadomić przedślubnie – takie swojskie ius primae noctis. I to chyba tyle na dziś o tych zakurzonych wiekiem  znaleziskach  z lamusa pamięci.  

dnew moonm

134. Wielkie X – Mała Niewiadoma

28 wrzesień 2008

Niedziela 28-9-2008. Zachód słońca. Otworzyłem okno, aby spojrzeć raz jeszcze na niebo posmużone rózowymi palcami ostatnich promieni i ujrzałem Wielkie X, sygnalizujące wprost w moje otwarte okno, jakiś tajemny przekaz,. Gapiłem się przez moment, potem chwyciłem cyfrówkę, aby uwiecznić ten gryps od latających smoków,zanim  zefirek zetrze go bezpowrotnie. X to wielka niewiadoma, ale co z tego? Na Uroczysku nikt nie wie nic o niczym. Tabula rasa. Niezapisana tablica w nieznanej szkole dyletanckiej niewiedzy. X to także podpis niepiśmiennego analfabety i  „tak” wyborcy w głosowaniu – albo  na jakiegoś oszusta, który przyrzeka mu raj na ziemi lub na coś o czym głosujący nie ma zielonego pojęcia.

Czy niebo chce, abym głosował w jakichś mgławicowych przepychankach? Wróciłem właśnie ze spaceru na Parliament Hill, z którego rozpościera się wspaniały widok na Londyn, więc może to wielkie X oznacza. że są gdzieś jakieś wybory na Mlecznej Drodze? Mam jakiś wybór?  Z pewnością mam, bo od tego jest wolna wola, samowola i swawola. Gdybym tylko mógł jeszcze otrzymać następny przekaz o tym, co czy kogo mam wybierać. W tej chwili Wielkie X  jest tylko jedną z wielu małych niewiadomych na moim Uroczysku. PS. Niestety, należę do gatunku ludzi wolno-myślących i dlatego dopiero dziś olśniła mnie jeszcze jedna możliwa interpretacja: X to  przecież to rzymska liczba 10, a za dwa dni znajdę się właśnie w dziesiątym miesiącu roku! Dla Rzymian październik był ósmym miesiącem (October), a że ósemka to moja liczba urodzeniowa, więc …. c.d.n [Kd

133. Uroczysko Tknięte Telefonomanią

27 wrzesień 2008

Przysięgam na głowicę mego miecza, że nie jestem wcale odpowiedzialny za mnożące się w Uroczysku telefony. One po prostu pojawiają się tu i tam,w różnych miejscach mieszkania i później, niepostrzeżenie emigrują do pokoju Stefana, redaktora naczelnego Uroczyska i kilku innych, zlekka zaniedbanych, blogowych periodyków na obsesyjne tematy anglo-polskie. W tej chwili Uroczysko jest obsługiwane przez Skype, komórkę oraz cztery telefony. Ostatni z nich, BT Decor 1300, przybył dwa dni temu  i oszołomił mnie z miejsca swoją superduper technologią. Mój pierwszy odruch  - panika: zapakuj i wyślij sms do córki, że nie poradzę sobie w żaden sposób z tym demonem chińskiej produkcji, bo nie potrafię nawet otworzyć schowka na 4 bateryjki. Drugi odruch – ciekawość. Czytam instrukcje i tam stoi napisane, że chinofon pokazuje datę i zegar, numer osoby,która dzwoni do mnie, ma guzik „tajna rozmowa”, ma 6 polifonicznych dzwonków, trzy kolory tła, 7 kontrastów (?) miejsce na 100 wpisów w „księdze telefonicznej” i co najważniejsze – do każdego numeru w księdze mogę dodać „kolor nastroju”, który ta osoba wywoła we mnie swoim głosem. Normalny dla biznesu, czerwony dla bliskich osób, pomarańczowy dla dalszych i zielony dla tych, których głos budzi we mnie nadzieje różnych odcieni. Uległem tym techno-pokusom i Decor 1300 (pierwszy z prawej) dostał zezwolenie na dalszy pobyt  w Uroczysku. Ostatni po lewej zostanie bo jest nośny. Komórka jak komórka, idzie tam gdzie ja. Ubi tu Kajtuś, ego Kaja. Pozostałe dwa ulokuję w innych pokojach. Uległem manii utrzymywania kontaktów z resztą świata na każdy możliwy i niemożliwy sposób ( do niemożliwych zaliczam telepatię, jasnowidzeenie i jasno-słyszenie), a telefony symbolizują dla mnie pięć kontynentów i zaświaty. Dobra kuracja na samotność i brak realnych kontaktów. Mój pierwszy kontakt dziś był miłą niespodzianką skajpową z Brazylii. Andsol i ja przeprowadziliśmy remont świata, uzgadniając strategię na przyszłość. Ulżyło mi, a jemu pewnie też. Skajp ma kolor nadziei na przyszłość. (JI

132. Londyńska Mgła-Polskie Niebo

27 wrzesień 2008

Opłyń mnie, ciemny lesie             

Owiń mnie, dżdżysta mgło:

niech mi się w oczach niesie,

co było duszą mą.

Niech staną mi przed wzrokiem

rzeczy lecące z mgłą;

otul mnie, mgło, pomrokiem,

otocz mnie, lesie, ćmą.

K.Tetmajer

Mój przodek z mgławic ciemnego nieba wylądował na tej chmurnej planecie ileś tam milionów lat temu, zadarł głowę do góry i ujrzał tylko ciemne chmury. „ O!o! nebula tutaj takoż!” rzekł był zagadkowo. U starodawnych Słowian „niebo” znaczyło mgły i chmury, bo w tych po-potopowych czasach to co było nad ich kudłatymi łbami, było sine czyli niebieskie. Kiedy, jak i dlaczego niebo nabrało tylu innych znaczeń musimy zostawić dla specjalistów. Ja wiem tylko tyle co Brueckner wydukał: słowo „niebo” przyszło do nas od wedyjskich Hindusów (nabhas) do Greków (nefos), a od nich do Rzymu (nubes, nebula) i Germańców (Nebel) aż dostało się na nasze słowiańskie języki i zmieniło znaczenie na to rajskie rozkosze, które nas czekają, na podniebienie (niebo w gębie) i na te radosne błękity, które roztoczyły się po misternych mgłach porannych. (ang, mist –mgła, opary; fog to ta nieco ciemniejsza odmiana i lepiej jej nie wymawiać jak fok, bo to wcale nie znaczy foka) Cieszcie się słonecznym końcem września. Nareszcie! J

131.Bezwstydne Wyznania Dyletanta

26 wrzesień 2008

Jestem posiadaczem encyklopedycznej wiedzy, która jest tak powierzchowna, ulotna i wiotka, że jedno krytyczne chuchnięcie speca wystarcza aby przeminęła z wiatrem. Jako dziennikarz nie miałem innego wyjścia jak tylko dyletantyzm. W mojej dość długiej orce na tych ugorach, pisałem reportaże z podróży po Europie, zjadliwe krytyki teatralne, recenzje powieścideł, autobiografii i biografii, poezji i ciężkich do zrozumienia dzieł naukowych o finansach, ekonomii, ergonomii i komputerach. Na koniec zabrałem się do pisania regularnych felietonów na byle jaki temat, gdzie wreszcie mogłem popuścić cugle moje galopującej dyletanckiej pasji, która już trochę przygasła, ale jak ten Mazur Maciek z piosenki, „choć leży na desce, gdy jej blog podegra, podskakuje jeszcze. Bo w tym dyletancie taka dusza, że choć umrze to się rusza…oj, dana, dana. moja dana. Nie mnie sądzić czy dyletantyzm jest godny pogardy czy powinien być tolerowany, ale wiem, że gdybym był specjalistą w jakiejkolwiek dziedzinie wiedzy, to szybko zczezłbym z nudów. Bycie dylentantem pozwala mi hasać po górach i dolinach ludzkiej wiedzy i nawet pisać o moich dyletanckich odkryciach. Ostatnio np zainteresowały mnie kaony. Pisać o nich nie będę, bo już  się ulotniły, a ich miejsce zajęła szyszynka, pinealocyty i czakra międzybrwiowa, a także  rola cyfrówki w halucynacjach, co opisałem gdzieindziej. Ot, takie jest właśnie życie dyletanta. Trudne, ale interesujące. Głównie jego samego. Salut. (K

130.Dziadek Romantyk Ale Gołodupiec

25 wrzesień 2008

Umówiłem się z nią na dziewiątą,

Tak mi do niej tęskno już.

Zaraz wezmę od szefa a conto,

Kupię jej bukiecik róż.

 Potem kino, kawiarnia i spacer,

W księżycową jasną noc

I będziemy szczęśliwi, weseli,

Aż przyjdzie północ i nas rozdzieli

I umówię się znów na dziewiątą,

Na dziewiątą tak jak dziś.

 Z repertuaru Eugeniusza Bodo

Ojej, tyle się można dowiedzieć o waszych babciach i dziadkach z tych antykwariackich przebojów, które nuciły panny na wydaniu (tak,tak, było kiedyś coś takiego) i romantyczni absztyfikanci, gotowi wziąć od szefa a konto z nędznej płacy, aby kupić ukochanej dziewczynie bukiecik róż, bilet na film z Gieniem Bodo, a potem jedno ciastko i filiżankę kawy. Goły, wesoły, głupi ale zdrów szedł z równie skołowaciałą dziewczyna na spacer, pocałunki i pełne wzdychań rozstanie o północy przed jej domem.

Jej ojciec i matka podglądali zza firanki i martwili się, że córka będzie starą panną zanim jej kawaler dostanie podwyżkę i formalnie oświadczy się o jej rękę. Niby to wszystko wygląda dziś śmiesznie i „książkowo” (Helena Mniszek się kłania z Trędowatą”), ale ci ludzie i te dawne czasy miały pewien specyficzny urok. W porównaniu z nimi wiele aspektów naszej dzisiejszej rzeczywistości wydaje się jakieś takie nijakie. Ciekawe, co będą o nas myślały te pokolenia, które są dziś w powijakach.

129 Merkury Na Wstecznym Biegu

24 wrzesień 2008

Dziś miał być mój debiut w używaniu wspaniałej kablowej komunikacji internetowo-telefonicznej. Chłopcy z Virginmedia przybyli rano przed 10, przedyskutowali ze sobą najlepsze sposoby założenia dwóch kabli, ignorując moje sugestie, a potem wyszli aby skontaktować się z ich szefem. Po 30 min jeden z nich wrócił i burknął pod nosem, że pudło kablowe na ulicy jest zablokowane i sam szef musi przyjść, aby je odblokować. Kiedy? no, pewnie popołudniu, ale nie był pewien. To był pierwszy sygnał od Merkurego, boga internetu, telefonów, telewizji i komórek, że  proszę nie spodziewać się postępu wprzód, bo on właśnie zaczął postęp do tyłu i nie ma mowy o jakichś układach z podległą mu Virgo. Wstecz znaczy do tyłu, nie do przodu. Poczekaj do 15 października, bo wtedy będzie znowu pędził do przodu. Z mojej długiej znajomości z tym patronem złodziei, pisarzy, oszustów i blogerów, wiem że nie ma sensu wściekać się, psioczyć, złorzeczyć, bo to nic nie pomoże. Od dziś przez cztery dni Merkury jest w tzw szarej strefie, gdzie dopiero wylęgają się problemy. Potem zaczyna się strefa czerwona, niebezpieczna, która będzie trwała do 15 paźdz. Szczegóły zagrożeń tutaj (po angielsku) Zapinajcie pasy albo wyłączcie się całkowicie (sen zimowy pomaga), a nade wszystko uwarzajcie na błendy ortoficzne, bo Merkury to psotnik i lóbi jak robimy pomułki. Tshchesc!II

128 Magia Migotliwej Strzałki Czasu

23 wrzesień 2008

Co to są strzałki czasu wie każde dziecko które, tak jak ja, pilnie studiuje wikipedię. Moje strzałki dotyczą tzw terminów ostatecznych albo w zangliczałej nowomowie – dedlajnów. Jako dziennikarz obcowałem z tym  demonem czasu przez wiele lat; w innych zawodach, których się czepiałem, też byłem przez te demony napastowany. Gdy wreszcie odeszły w czeluście niepamięci, pojawiły się na ich miejsce nowego rodzaju terminy ostateteczne: byle tylko do nowego roku, byle do wiosny, lata, wakacji, urodzin i tak bez końca. Daty zaczęły mieć magiczne znaczenia, w które wplątywały się taroty, numerologie, kabała i sekwencje Fibonacciego. Strasznie mnie to nudziło, bo moje strzałki czasu nigdy nie trafiały w terminy ostateczne jakichś zmian, wydarzeń, happeningów  w moim monotonnym żywocie.Jak trafiały, to tylko w moje rozczarowanie.  I nagle jedna strzałka trafiła do celu: czas przyszły istnieje tylko jako miliony ciągłych, dynamicznych, zmian i każda trwa tylko przez mini-sekundę  zanim zmieni się w coś nowego. Nasza mózgownica jest zbyt powolna aby zauważać i utrwalać w pamięci ten myriad migocących mini-sekundowych zmian, z których tworzymy naszą rzeczywistość. O! liść przefrunął za oknem niesiony lekkim powiewem wiatru, ale z którego drzewa? a w sekundę później trzy gołębie usiadły na parapecie, w  łazience znowu stary znajomy pająk próbował dostarczyć mi ważny imejl z piątego wymiaru…A na słońcu nagle pojawiły się plamy i zaczął wiać wicher słoneczny…Merkury zatrzymał się w biegu…czy ziemia nagle popędziła w pogoni za…Przyszłość to wirujący kalejdoskop wszelkich prawdopodobieństw, możliwych i niemożliwych wzorców, z których mam tkać moją rzeczywistość. Jutro już jest tutaj, ale zauważę je dopiero gdy czeladnicy z kablem przybędą w postaci gwiezdnych przybłędów Dziewicy Sieciowej (Virgin Net) i zmienią w jakiś miniaturowo migoczący sposób moją dzisiejszą rzeczywistość. ♫J[