Ty jesteś jak zdrowie
Ile cię trzeba cenić
Ten tylko sie dowie.
Kto poznał dmuchawców
Podniebne latanie…
Przybyły do mnie znikąd, niesione powiewem wiatru. Nie wiem, jak długo leciały, aby wcisnąć się przez szparę otwartego okna i wylądować na moim ramieniu. Zaufały lekkoduchom-podmuchom i zadumane nad cudem swego istnienia, zapomniały nawet o instrukcjach, które otrzymały w napuszonej bazie spadochronowej skąd wyruszyły w nieznany świat. „Jesteśmy wysłannikami Mniszka Lekarskiego”, szepnęły nieśmiało, ale możesz zwracać się do nas poufale, jeśli nas lubisz.” „Lubię, bo wyglądacie zwiewnie i eterycznie. Jakie macie poufałą ksywę?” „Dmuchawce!” W tym momencie, ta świetlista po prawej stronie, uniosła się w powietrze, bo nieopatrznie roześmiałem się i mój oddech poderwał ją w taniec, który ją całkowicie zdezorientował, bo cisnął ją w doniczkę z szałwią i tam ją zostawiłem. Ostatecznie, czarnoziem był jest kismetem, ale co z niej wyrośnie, nie wiem. Ta szatynka po prawej też się ulotniła, korzystając z zamieszania spowodowanego nieoczekiwanym odlotem Svetlany. Skąd wiem, że te dmuchawce były rodzaju żeńskiego? Intuicja i doświadczenie w spotkaniach z puchem marnym – ot,co! PS. „Owocem mniszka lekarskiego (Taxacum officinale) jest niełupka z dzióbkiem i puchem kielichowym. Koszyczki kwiatowe nadaja się do robienia wina. A korzeń jest używany w leczeniu.
IJ I
Tagi: Dmuchawce, Mlecz, Mniszek lekarski, Wino

29 czerwiec 2008 o 21:22
bardzo śliczne puchy!!!
29 czerwiec 2008 o 22:03
Piękne. Martwi mnie tylko to, że widocznie wyglądalem przez okno jak trawnik odpowiedni do zasiania dmuchawcami. Dobranoc.
30 czerwiec 2008 o 7:53
Mniszek w nomenklaturze ludowej ma piękną nazwę… “męska stałość”.
Styl coraz piękniejszy, moje uzależnienie rośnie i bardzo je lubię…
30 czerwiec 2008 o 8:38
Bardzo trafna nazwa, ale Anglicy nazywają tę roslinkę Wiedźmą albo zegarkiem starca. Wczoraj przejrzałem wiele polskich blogów tutaj, tych rzekomo “najlepszych” i najbardziej czytanych, i zastanawiam się nad sensem blogowania wśród tej “jelity”. To samo zresztą odnosi się do Bloxa. Nic na tym nie zyskam, a mogę wiele stracić. Dziękuję za miłe słowa, jak zwykle, ale nie uzależniaj się, proszę, bo odwyk może być bolesny.
30 czerwiec 2008 o 12:21
Oj, nie wysyłaj mnie na odwyk, błagam!
Blogi są różne. Po prostu. Chętnie czytam te nienajpopularniejsze, za to w moim prywatnym rankingu – naprawdę dobre.
A Ciebie życzę sobie czytać jak najczęściej – lubię poranną kawę z wykwintnym ciastkiem.
Nie odbieraj mi tej niemal niewinnej przyjemności:)
30 czerwiec 2008 o 13:20
A może by tak qui pro quo, Waćpani? Bo ja też lubię poczytać przy porannej kawie coś ciekawego, inteligentnego i napisanego z polotem. Twój blog jest gdzieś na samym dole Top Blogów, bo Defendo to blogowe skąpiradło, które pisze raz na trzy tygodnie ( i momentalnie dostaje 15 interesujących komentarzy) czyli głodzi swoich wielbicieli, a potem robi im ucztę i znika. A ja karmię moich rzadkich gości dwa razy dziennie i co? I jajco, ot co! :->
30 czerwiec 2008 o 16:43
Drogi minstrelu vel antrimie zaglądam tu do Ciebie odkąd zapowiedziałeś, że rzucasz bloxa. Czytam sobie z przyjemnością, ale nie odzywam się bo czytając Twoje i Defendo (którą też bardzo lubie) polemiki, sama sobie wydaję się mało inteligentna:( – to co się będę kompromitować. Chętnie poczytałabym także twoje artykuły w prasie. Możesz dać jakoś znać w których gazetach można je znaleźć?
30 czerwiec 2008 o 17:25
b_aitch: Dziękuję za wizytę – miło mi ujrzeć kogoś z Wyspy. Gdybym nie czytał Twojego bloga i nie podziwiał pięknych fotografii i tekstów ( nie dziwię się że znalazłaś nabywcę na Lovers’ Walk -co za wspaniała atmosfera!) to może uwierzyłbym- z trudnością- że Defendo i ja onieśmielamy Cię naszymi polemikami. Daria kiedyś też napisała coś w tym sensie i takie wykręty wpychają mnie w dołek, bo niby co mam z takim fantem zrobić?
Przez wiele lat pisałem felietony (”Gęsim piórem”) i recenzje w londyńskim Dzienniku Polskim( i Dzienniku Zołnierza), ale dwa lata temu gdy odeszła naczelna z którą świetnie szła mi współpraca, wycofałem się z dalszej współpracy. W pisaniu bloga nie ma “deadline” (honorariów też nie, niestety), a ja lubie mieć sporo swobody gdy piszę.
1 lipiec 2008 o 9:25
Bardzo dziękuję za pochwalenie moich zdjęć. Z tym dołkiem to przesadzasz – nic nie rób, zaakceptuj i czuj się doceniony:)
Dziennik Polski czasem czytałam jak mieszkałam w Londynie, do mojej wsi tutaj na północy nie dociera, pewnie jest w Newcastle, ale ja tam rzadko bywam. A w angielskiej prasie nie piszesz? Ja może i i nie mam IQ powyżej 200 (nigdy zresztą nie określiłam go żadną liczbą), ale muszę jakoś funkcjonować w tym kraju, więc nauczyłam się czytać po angielsku, a nawet zdarza mi się mówić:))
1 lipiec 2008 o 11:34
Droga Basiu … jeśli zezwolisz, bo ja tutaj też już jestem pod moim prawdziwym imieniem Stefana. Zdjęcia są profesjonalne przy zachowaniu świetnego “oka” poetki piszącej ładne haiku.
Cyfrówka zmieniła moje podejście do fotografii, bo na komputerze, w Fotoszopie, można dojrzeć szczegóły których nie widać na papierze. Dawno temu pisałem artykuły o naszych wędrówkach po Europie w The Lady. Dziś już nie piszę, bo mam mało czasu. Mój angielski blog nie ma wielkich szans wśród milionów pisanych w tym języku. Czy masz jakieś zdjęcia z Holy Isle (Lindisfarne) bo to nie tak daleko od Ciebie. Trzeba tam znaleźć się wieczorem, po odcięciu wyspy przez przypływ. Całkiem niesamowite wrażenia. Pozdrowienia
1 lipiec 2008 o 16:43
Oczywiście, że zezwalam – wolę Basiu niż niż b_aitch. Zdjęcie z Holy Island mam tylko jedno, zrobione z plaży na lądzie nie na wyspie. Na samej wyspie byłam kilka lat temu i od tego czasu bezskutecznie namawiam mojego męża na ponowne odwiedziny tego miejsca. Może w końcu mi się uda. Robiłam wtedy zdjęcia na filmie, a nie cyfrówką i wywoływaliśmy je w domu w Warszawie (mieliśmy ciemnię w łazience). Jedno wyszło całkiem dobre, pokazałabym ale nie wiem gdzie mam negatyw.
A propos czasu to właśnie wróciłam z Newcastle ze spotkania w sprawie pracy. Wiem jedno – nie chcę tej pracy, ale pewnie będę musiała ją wziąć jak mnie zaakceptują:((
Pozdrawiam
1 lipiec 2008 o 19:21
Na Holy Isle, gdy wysepka jest odcięta od lądu, jest niesamowicie cicho, czego niestety, nie da się sfotografować. Można wtedy siedzieć na piaszczystych wydmach i słuchać jak ptaki gaworzą przed zachodem słońca, głośniej niż szum morza.
Praca, której nie chcesz, może kryć miłe niespodzianki. Kto wie, kto wie. Nie znam Newcastle, ale na wszelki wypadek życzę powodzenia i miłych doświadczeń. Wszystko ma swoje przyczyny i nic nie dzieje się bez powodu (konfucjusz chyba)
Przyjemnego wieczoru.