Wielkie liczby nie odgrywają kluczowej roli w moim skromnym żywocie. Z tysiącami i milionami jeszcze mogę sobie jako tako dać radę, ale gdy przyjdzie do miliardów i bilionów, to zaczynam się gubić. W Polsce miliarder ma w swym posiadaniu tysiąc milionów złotych. We Francji i w krajach anglosaskich mało się słyszy o bilionerach , ale to ludzie którzy też mają w banku tysiąc milionów eurów lub funtów. Ten sam bilioner w Polsce i w Niemczech to taki co uciułał w jakiejś walucie milion milionów.
Szkoda, że z naszych rodzimych słów na określenie wielkich liczb tylko “ćma” zachowała resztki dawnego znaczenia. Skojarzona z ciemną masą wielotysiącznego tłumu, ćma była kiedyś nazwą jednego miliona. Legion albo ćma ciem był odpowiednikiem biliona, legion legionów (kwadrylion) nazywano “leodrem”, zaś kruk – leodr leodrów – równał się oktylionowi. Niestety, nie udało mi się sprawdzić czy dziesięć kruków skladalo się na jedną “kłodę”. Standardyzacja miar pozbawiła nas swojskiej, staropolskiej terminologii, chociaż wiele nazw przeszło w codzienną mowę paradując pod pochodnymi znaczeniami. “Sążeń” – dawna miara długości – miał ok.190 cm, ale początkowo- sąg- służył słowiańskim poganom jako drewniany po-sąg bożyszcza, który był oczywiście dwumetrowym drągalem i mógł stawiać sążniste kroki. W garncu mieściły się cztery kwarty (tyleż litrów) pitnego miodu, okowity lub owsa, ale dziś ta miara przechowała się tylko w przysłowiu: “w marcu jak w garncu”. “Znaleźć się w korcu maku” nie było łatwo, bo ta miara ciał sypkich zawierala ni mniej ni więcej jak 32 garnce albo 120 litrów ziarenek. Naczynie o takiej pojemności było widocznie używane jako schowek, bo do dziś mówimy o trzymaniu lub ukrywaniu czegoś “pod korcem”. “Antałek” był beczułką na wino lub piwo, w której mieściły się dwa wiadra, podczas gdy jego większa wersja, “antał”, zawierał kilkanaście garnców napoju. Wsród chaosu rozlicznych jednostek miary długości, objętości , masy i wymiany są słowa dawno zatarte w pamięci jak np “jutrzyna” i “powłócz”, którymi mierzono ziemię orną, albo takie w których dzis trudno jest dopatrzeć się ich pierwotnego celu. “Grzywna” zaczęła swój żywot jako naszyjnik lub wiązka skór, przekształciła się na wagę srebra, skąd powędrowała w pieniądze i skończyła jako kara za drobne przewinienia. Sic transit gloria…
Tagi: antałek, grzywna, korzec, legion, sążeń, Terminologia starych miar, ćma
14 czerwiec 2008 o 7:39
Dość powszechnie jeszcze na wsi używa się miary powierzchni w postaci morgi (56 arów).
Przypomniałam sobie teraz nazwę miejscowości k.Tarnobrzegu – Stale.
Czy to też od dawnej miary długości? Wiem, że były “staje”, a może i stale także?
14 czerwiec 2008 o 10:43
Łan to 48 mórg, ale są różne morgi – słowo żywcem wzięte od Niemców (Morgen) u nas morga była też zwana po polsku “jutrzyną”. Staje, którymi kiedyś mierzono długość drogi a także powierzchnię gruntu – 1.5 ha, ale os talach nie słyszałem i nie ma takiej nazwy miar w Google.
Można sobie wyobrazić jaki mętlik kiedyś panował w obliczaniu wielkości czegokolwiek. Serdeczności.
14 czerwiec 2008 o 16:48
zagubiłam sie w tych miarach……w takiej ich mnogości oszuści mieli jak w raju…
14 czerwiec 2008 o 17:16
dr_ewa: to prawda z tym rajem. Ja wciąż mam wiele możliwości manipulowania dawnymi miarami angielskimi, bo Anglicy nie lubią zmian i wciąż używają pint, calów, stóp, Fahrenheita i funtów do ważenia towarów. Ludzi waży się w kamieniach.Wiem tyle, że ważę około 9 1/2 kamieni, co wskazuje na moją szczupłą sylwetkę. Ile to jest w kg nie chcę nawet wiedzieć-:-)
15 czerwiec 2008 o 16:41
System dziesiętny “uporządkował” ten magiczny świat starych miar i wag, troszkę szkoda, bo niby wygodniej ale bardziej trywialnie. Swoją drogą 9 kamieni to około 60 kilogramów, ja ważę 12. Z innych miar wspomiałbym jeszcze o łucie, który miarą był tak znikomą, że trafił do zwrotu “łut szczęścia”, czyli jego odrobina. Pozdrawiam serdecznie.
15 czerwiec 2008 o 17:04
Witaj, czarny reporterze!
12 kamieni to normalna waga dla młodego, muskularnego człowieka. Mnie od dawna intrygują takie nieokreślone miary jak ciut-ciut, ździebko, tyle co kot napłakał, na ząbek, na paznokieć, płacheć, szmat i pewnie wiele innych, które chwilowo odmawiają mi przyjścia do pamięci.
15 czerwiec 2008 o 18:20
A i owszem utuczonego na pasties i shepard’s pie
o włos, o piędź etc. Tak, fascynujące.
15 czerwiec 2008 o 19:33
czarnyreporter: Najbardziej tuczy Guiness (czy łyk to też miara?), puddings i toad in the hole. Na oko, szczypta, garść+ jest ich więcej niż się może wydawać.
15 czerwiec 2008 o 19:47
Jeśli Guiness to tylko na pinty, ewentualnie galony, lepiej sączyć niż pić haustami
Jescze przypomniał mi się cetnar – ulubiona miara młynarzy.
Nie lubię miejscowych sausages, no może poza Cumberland, ale musi być farm made